Home / Newsy / Pogoń po godzinach: “Potrafiłem siedzieć pół dnia w domu, odbijać piłkę o ścianę i grać sam ze sobą”
Pogoń po godzinach: “Potrafiłem siedzieć pół dnia w domu, odbijać piłkę o ścianę i grać sam ze sobą”

Pogoń po godzinach: “Potrafiłem siedzieć pół dnia w domu, odbijać piłkę o ścianę i grać sam ze sobą”

– Ryzyko? Trzeba to robić z głową, bo na własnej połowie jak się straci piłkę, to można i od razu miejsce w składzie stracić, ale gdzieś wyżej trener Kosta Runjaic nie tylko pozwala na ryzyko, ale wręcz każe je podejmować – mówi Jakub Piotrowski w długim wywiadzie dla naszej strony. Z pomocnikiem Pogoni rozmawiali Bartosz Witkowski i Dawid Zieliński.

Urodziłeś się w Toruniu, ale jest to dla Ciebie tylko miejsce urodzenia, miasto rodzinne, a może tak jak wszystkim – kojarzy Ci się tylko z Kopernikiem i piernikami?

– To prawda urodziłem się tam i to jest chyba najbliższe mi miasto. Od małego na żużel jeździłem tam z tatą i jak jechaliśmy gdzieś na miasto na zakupy, to wybór też padał właśnie na Toruń.

Twój tata to taki człowiek, który chyba zaszczepił w Tobie sport? Sam miał swoją przygodę z żużlem. 

– Zgadza się. Tata ogólnie lubi ruch. Lubi się poruszać i pograć w piłkę. Zabierał mnie od małego na boisko i dzięki niemu tak to polubiliśmy z bratem. Teraz przyjeżdża oglądać nasze mecze, ale sam też lubi sobie jeszcze pograć.

Gra gdzieś w niższych ligach czy czysta gierka z kolegami?

– Bardziej już jako taki oldboj. Czasem pójdzie sobie pograć na halę, czy na orlika.

Jak się zaczęła Twoja przygoda z futbolem? Tak jak każdy mały chłopak zaczynałeś gdzieś pod blokiem, na dworze, czy od razu trafiłeś do jakiejś akademii?

– Grałem w szkolę i na podwórku, a nawet w domu. Potrafiłem siedzieć pół dnia w domu, odbijać piłką o ścianę i grać sam ze sobą, więc zaczynałem bardzo podwórkowo. Dopiero później zebraliśmy się w kilku chłopaków i jeździliśmy rowerami około 5 kilometrów na treningi do Unisławia. Następnie był turniej Deichmann i tak to się zaczęło.

W Unisławiu grałeś też na hali.

– Tak, ale to było później. Najpierw pojechaliśmy na tego Deichmanna i to był taki pierwszy poważny turniej. Zabrali nas pierwszy raz z wioski do miasta <śmiech>.  Gdzieś w piątej, czy szóstej klasie zaczęła się gra na hali.

fot. instagram Jakuba Piotrowskiego

I te futsalowe umiejętności bardzo docenia w Tobie m.in. trener Czesław Michniewicz.

– Mogę teraz powiedzieć, że jest parę ruchów, które mi pomagają. Jest wyjście od piłki, powrót, czy gubienie zawodnika, ale też mała gra. Bo na hali każdy musi chcieć grać. Jak jeden nie gra, to 3 na 4 się grać nie da.

Co sądzisz o takich turniejach typu Deichmann w wieku juniorskim? Pomagają one w wejściu do wielkiego futbolu?

– Trudno powiedzieć, czy to pomaga wszystkim. Ja po prostu chciałem grać wszędzie tam, gdzie się tylko dało. Czy to na hali, czy na zawodach ministranckich <śmiech>. Gdzie było granie tam się jeździło.

Opowiadaj coś więcej o tych turniejach ministranckich.

<śmiech> 3 miejsce w Polsce zajęliśmy, więc było nieźle. To była jakaś szósta klasa podstawówki.

Długo byłeś ministrantem?

– Do drugiej klasy gimnazjum.

To były takie kwestie indywidualne, czy w celach kolędowych zarobków?

– <śmiech> Nie no sam chciałem. Wiadomo, można sobie na tych kolędach dorobić, ale po prostu dużo chłopaków ode mnie z klasy było ministrantami. To na wsi jest coś bardzo normalnego.

I przyszedł taki moment w tym wieku juniora, kiedy okazało się, że możesz mieć problemy zdrowotne. Na szczęście fałszywy alarm. 

– Wyszło coś takiego na jednych badaniach sportowych. Były finały mistrzostw Polski kadr wojewódzkich i tydzień przed nimi skończyła mi się ważność karty zdrowia. Na EKG wyszło mi, że mam coś z sercem i musiałem zostać w szpitalu na 3, czy 4 dni, ale ostatecznie nie wysżło nic poważnego, co przeszkadzałoby mi w kontynuowaniu gry w piłkę. .

To powiedz jak to wyglądało od momentu kiedy trafiłeś już do jakiegoś klubu.

– W klubie z Unisławia, w 3. klasie podstawówki zaczęliśmy jeździć dopiero na tego Deichmanna. Po roku była liga okręgowa i jeździliśmy po pobliskich miastach, a. już w 6 klasie trafiłem do Chemika Bydgoszcz pod skrzydła trenera Kubasińskiego, który miał na mnie bardzo duży wpływ i mnie poniekąd ukształtował. Więc takie poważniejsze granie i moment, w którym zacząłem myśleć, że coś z tego grania może być przyszedł właśnie kiedy trafiłem do Chemika, bo to był dla mnie taki znak, że ktoś mnie w ogóle zauważył. Później poszedłem jeszcze do takiej szkółki, nie wiem jak to wygląda tutaj w Szczecinie, ale tam nazywało się to OSSM [Ośrodek Sportowego Szkolenia Młodzieży – przyp. red]. Tam zjeżdżali się wszyscy chłopacy z województwa. Grało się w Chemiku, ale cały tydzień trenowało się w tym OSSM-ie.

fot. Chemik Bydgoszcz

Chemik to chyba taki fajny rodzinny klub. Pamiętamy, że gorąco gratulowali Ci debiutu na stadionie Legii.

– Na pewno bardzo dobrze wspominam ten klub. Cały ten mój rozwój się tam rozpoczął i naprawdę dużo zawdzięczam tamtym trenerom, jak i całemu klubowi, bo to oni mnie znaleźli i wyciągnęli do mnie rękę. Czy trener Kubasiński, czy trener Mielczarek pomogli mi od samego początku, dużo lat spędziłem w Chemiku i nawet udało się zadebiutować w seniorach w piątej lidze. Bardzo ciepło i miło wspominam tamten czas.

A wasza kariera z bratem Bartkiem to się cały czas przeplatała, czy dopiero do Pogoni trafiliście razem?

– Różnie to było. W Chemiku byliśmy razem. Później on trafił do Świecia i odszedł do Arki, a w tym samym momencie ja trafiłem do Świecia. A więc w Chemiku dłużej byliśmy razem i w tym OSSM-ie. Mieliśmy taką wewnętrzną sportową rywalizację.

Bartek od zawsze stał na bramce?

– Tak, tak, dlatego nigdy nie było problemu, kto ma stanąć na bramce <śmiech>. W polu też nieźle sobie radzi, dlatego dobrze gra nogami.

Jeszcze jest trzeci z braci Piotrowskich – młody Olek. Też gra w piłkę, czy może pójdzie w stronę gry na perkusji, bo na Instagramie wrzucałeś zdjęcia, że radzi sobie i w tym aspekcie?

– <śmiech> Nie no to z tą perkusją to tak tylko zdjęcie wrzuciłem. Ale jak był młodszy to bardzo lubił jeździć na takich małych motorach. Teraz chyba wszystko idzie w tym kierunku, że będzie kopał w piłkę, ale nikt na nim żadnej presji nie wywiera. Też z tatą jeździ pokopać, jak to my robiliśmy za młodu. Jak mu się to spodoba, to będzie to robił.

To może bracia Piotrowscy będą kiedyś jak bracia Pogba.

– <śmiech> Na pewno fajnie byłoby zagrać z bratem w drużynie.

Widać, że jesteście bardzo rodzinni. Chcieliśmy zapytać jeszcze o Twoich rodziców, bo mieli, czy nadal mają gospodarstwo rolne.

– Cały czas mają.

Właśnie i tutaj pytanie. Wiadomo, że jako młody chłopak pomagałeś rodzicom i taka praca gdzieś kształtuje takiego chłopca i uczy pracowitości. Zgadzasz się z tym?

– Na pewno nauczyło mnie to ciężkiej pracy. To też wychowuje człowieka, bo ma jakiś obowiązek do wykonania i musi to zrobić. Nie ma, że coś jest za darmo. Z czasem stało się to jednak normalne i czasem nawet dla zabawy szło się pomóc rodzicom, coś porobić, a nie siedzieć w domu. Ale tak jak mówię – na pewno mi to pomogło, bo wiem jak to jest spojrzeć z innej strony i ciężko pracować na gospodarstwie.

Jak Ty, jako człowiek wychowany na wsi, nauczony ciężkiej pracy za młodu reaguje na niektóre zachowania innych piłkarzy? Niektórzy mówili, że ciężko jest wyżyć za 8 tysięcy złotych miesięcznie… 

– Nie no wydaje mi się, że 8 tysięcy złotych, to dla normalnego człowieka jest bardzo dużo, żeby wyżyć z rodziną i to na naprawdę dobrych warunkach. Każdy ma inne podejście. Ale wydaje mi się, że wyżyć za 8 tysięcy samemu, to już w ogóle jest wystarczająco. Można wydawać i jeszcze na coś sobie odłożyć.

Ale nie masz wrażenia, że chłopakom w Twoim wieku często odbija sodówka i podchodzi do tematu w taki sposób, że jest w Ekstraklasie i jak najszybciej chce odejść gdzieś dalej? Czy niektóre transfery nie są podejmowane zbyt pochopnie?

– Na pewno się zdarzają takie sytuacje, ale ja mogę szczerze powiedzieć, że mam paru kolegów z kadry, czy z innych klubów i nie poznałem jeszcze takiej osoby, która by jakoś odlatywała. Wszyscy mamy ze sobą fajny kontakt, nawet na tej kadrze U-21. Nie ma kogoś kto by się wywyższał, tylko drużyna jest zżyta ze sobą i naprawdę jest fajna atmosfera. Na pewno jednak zdarzą się takie osoby, które gdzieś odlecą. Tak to już działa, że nie każdy panuje nad swoim zachowaniem.

Z drugiej strony można rzec o innym syndromie młodych chłopaków, którzy wchodzą do Ekstraklasy, dostają dobre pieniądze i dla nich to już jest tyle, że zaczyna im to wystarczać poprzez co gubią ambicje o dalszym rozwoju i chęci osiągnięcia jeszcze więcej w swojej karierze.

– To też jest kwestia indywidualna. Niektórzy zadowolą się tym gdzie są, bo przecież jest to najwyższy poziom rozgrywkowy w Polsce. Nie ma czego się wstydzić, bo tutaj też nie jest łatwo dotrzeć. Inni chcą czegoś więcej i chcą być ważnymi zawodnikami w Ekstraklasie i szukać nowych celów za granicą.

Trafiłeś do Akademii Pogoni do drużyny juniorów starszych i nie przeszedłeś przez te wszystkie szczeble szkolenia w Szczecinie, ale kibice i tak uważają Cie za wychowanka i mocno się z Tobą utożsamiają. Ty też utożsamiasz się z granatowo-bordowymi barwami?

– Trafiłem do Centralnej Ligi Juniorów, w której poziom jest trochę wyższy niż w lidze okręgowej, czy wojewódzkiej, więc to przyjście do Akademii na pewno bardzo mi pomogło. Praca nad sprawami siłowymi, czy taktycznymi zaczęła się tak naprawdę dopiero tutaj w Pogoni. Wcześniej to taki “suchy” trochę byłem <śmiech> i mięśni za dużo nie było. W Pogoni zwraca się uwagę na o wiele więcej rzeczy, niż na przykład we Wdzie Świecie, gdzie grałem w seniorach, czy wcześniej w Chemiku Bydgoszcz. Czuję się tutaj dobrze i utożsamiam się z tym klubem, bo to jest mój pierwszy klub z tej wyższej półki.

Trener Paweł Cretti potrafi wyciągnąć z zawodnika 140%?

– Ja uważam, że tak.

Widzisz trenera Crettiego za kilka lat w roli pierwszego szkoleniowca Pogoni? Bo nie ma wątpliwości, że fachowcem jest wyśmienitym.

– Mi się podoba to, że potrafi podejść do zawodnika i pomóc mu nie tylko na boisku, ale także ułożyć go poza nim. Na pewno mi w tym pomagał i dalej to robi. Widzę go na pewno kiedyś w roli trenera klubu z Ekstraklasy, a może nawet więcej. Jednakże bycie trenerem juniorów nie jest łatwym zadaniem i już teraz odgrywa bardzo dużą rolę. CLJ-ka jest takim przejściem z juniorów do seniorów, więc tam naprawdę potrzebny jest odpowiedni człowiek.

Praca o tyle ciężka, że co roku dostajesz nową drużynę i musisz z tego coś wyrzeźbić.

– Ale myślę, że trener Cretti nie ma z tym problemu, bo on naprawdę potrafi złapać świetny kontakt z zawodnikami.

Z trenerem czasem jeszcze rozmawiasz jak masz jakiś problem? Bo wielu młodych zawodników wspominało, że lubi z nim czasem odbyć rozmowę.

– Oczywiście. Zawsze jest otwarty i zawsze ma ochotę się spotkać.

To teraz szczerze. Brakuje złotego medalu z Centralnej Ligi Juniorów?

– Teraz jak tak patrzę z perspektywy czasu, to może nie brakuje, ale bardzo chciałbym go mieć.

Fajną dodatkową nagrodą jest też to, że można było zagrać w młodzieżowej Lidze Mistrzów.

– Trochę się tego żałuje. Trzeba powiedzieć sobie, że to wicemistrzostwo to był fajny sukces, ale chciałoby się być na tym stopniu wyżej.

Legia musiała na rewanż naściągać swoich najlepszych juniorów. Pokazaliście dużą jakość w pierwszym meczu, bo pojechać na Łazienkowską i rozpykać Legię to nie jest łatwa sprawa.

– Przeciwstawiliśmy się mocno Legii. Mieliśmy fajny zespół i fajnych zawodników. To 2:0 na Legii pokazało siłę drużyny. Nie wiadomo co by było w Szczecinie, gdyby tam był remis. Ta wygrana rozochociła. Jednak Ci zawodnicy, którzy grali wtedy w Legii pokazują teraz, że są utalentowanymi piłkarzami. Nie mamy się więc czego wstydzić, bo ten dwumecz przegraliśmy nieznacznie.

Ale gdyby nie czerwona kartka dla Gracjana Jarocha, to mielibyśmy Mistrza Polski.

– <śmiech> Nie wiadomo co by było, ale na pewno byłyby większe szanse.

Nie masz wrażenia, że kariera niektórych chłopaków z tego zespołu nie poszła tak jak powinna?

– Wydaje mi się, że Ci, którzy jeszcze się nie przebili nie są na straconej pozycji. Teraz jest nas trzech w pierwszym zespole, ale każdy jeszcze może coś udowodnić. To nie jest tak, że nie przebijesz się w młodym wieku i to już jest koniec. Trzeba ciężko pracować i są przykłady, nawet tutaj z regionu, Łukasz Kosakiewicz, który wiadomo w jakim wieku trafił do Ekstraklasy. Walczył, trenował, dawał z siebie wszystko i teraz gra w Koronie Kielce. Czas pokaże kto gdzie będzie, ale zastanówmy się w ogóle, czy trzech piłkarzy z tej drużyny w pierwszym zespole to jest mała liczba. Mnie się wydaję, że nie.

Stadion na Łazienkowskiej to najlepsze miejsce na debiut?

– Wydaje się, że na ten moment tak, szczególnie przy pełnych trybunach.

Trener Michniewicz nie robił Ci jednak łatwej drogi do debiutu, bo do kadry włączony zostałeś dużo wcześniej, a wiele razy po prostu podróżowałeś z drużyną i oglądałeś mecz z perspektywy ławki, czy też trybun. Takie siedzenie na szpilkach i czekanie pomaga zawodnikowi, czy też denerwuje?

– Ja akurat byłem taki, że bardzo chciałem zagrać, ale z drugiej strony jak na to patrzę teraz, to wiem, że uczy to cierpliwości i takiej pracy. Chcesz cały czas być lepszy, aby w końcu dostać tę szansę. Myślę, że to jest normalna droga nawet za granicą, że się jeździ i nie dostaje od razu tego czego się chce. Trenerzy lubią sprawdzić zawodników czy są cierpliwi i czy pracują dobrze.

Jak Tobie układała się współpraca z trenerem Michniewiczem w klubie? On często lubił obrazować zawodnikowi pewne rzeczy. 

– Mam teraz z trenerem cały czas kontakt na kadrze. Na pewno i ze Szczecina, i z kadry mam bardzo pozytywne wspomnienia z trenerem. Dużo nam pomaga. Ja mogę powiedzieć, że byłem bardzo rozbieganym zawodnikiem i cały czas się uczę tej taktyki boiskowej, bo tu mogę dużo zyskać. Trener Michniewicz jest taki, że lubi pozmieniać formacje i naprawdę dużo można z tego wyciągnąć.

Trener Runjaic mówił po meczu w Gdańsku, że takiego zawodnika, który jest wszędzie to on jeszcze nie widział, bo ty potrafisz być w ataku, za chwilę w obronie, a moment później jeszcze gdzie indziej. Mówił, że czasem tego nie rozumie.

– On nie rozumie i próbuje to u mnie ukształtować, bo trochę siły nieraz bez sensu stracę. Ale czasem to też jest potrzebne, żeby drużyna mogła wyżej ruszyć i mogę dać sygnał do ataku.

Teraz porozmawiamy trochę o Twoim wypożyczeniu do Stomilu Olsztyn. To miasto na mapie polskiego futbolu trochę zapomniane, bo tam odkąd Stomil grał w Ekstraklasie niewiele się zmieniło i stadion jak wyglądał tak wygląda. Jak to się stało, że tam trafiłeś? Sam chciałeś iść i grać, żeby się rozwijać, czy klub po prostu otrzymał taką ofertę i postanowił Cię wypożyczyć. 

– Ja bardzo chciałem iść. Czułem, że jest bardzo duża rywalizacja w środku pola i mogę mieć problem, żeby w ogóle wejść na boisko, a co dopiero regularnie grać. Chciałem złapać doświadczenie nawet w I lidze, która pokazuje też różne zachowania na boisku i trochę inną grę. Wiem, że to też pomaga później trenerom w podjęciu decyzji, żeby oni nie obawiali się, że zawodnik sobie nie poradzi, tylko już wie z czym to się je.

fot. Stomil Olsztyn

I w Olsztynie grałeś prawie wszystko od deski do deski. Wypadł Ci tylko jeden mecz, kiedy pojechałeś na kadrę. 

– Dokładnie. I na początku, pierwsze dwa mecze chyba, ale to wiadomo, że przyszedłem tydzień przed ligą i nikt mi nie da wejść z marszu do pierwszego składu, tylko musiałem pokazać coś na treningu.

Stomil to był jedyny wybór?

– Był jeszcze jeden klub, ale widziałem, że w Stomilu mogę grać i wybrałem ten klub.

W tym klubie wychowywali się też inni zawodnicy, którzy trafiali później do Ekstraklasy. Między innymi bracia Kunowie. 

– Z Patrykiem akurat się spotkaliśmy w tym półroczu. Fajny zawodnik, taki typ dryblera, który sam może zrobić przewagę. Zaczął grać w Ekstraklasie w tym samym czasie co ja. Mi się samo miasto i mecze rozgrywane tam całkiem podobały. Nie miałem żadnych problemów, ale wiadomo, że klub ma ich sporo, czy to finansowych, czy infrastrukturalnych. Poszedłem tam jednak grać, a nie narzekać.

Rzeczywiście ta przepaść między I ligą, a Ekstraklasą jest tak duża?

– Wydaje mi się, że różnica jest wielka pod względem medialnym i otoczką. Ale czy boiskowa? Nie wydaje mi się. To jest odpowiednia liga, żeby iść się ograć. Wiadomo, że tam trzeba prezentować odpowiedni poziom, żeby trafić do Ekstraklasy, ale w I lidze można nabrać naprawdę fajnego doświadczenia przed grą w Ekstraklasie.

Czyli gdyby Cie jakiś rówieśnik lub młodszy kolega zapytał, czy warto iść na wypożyczenie do I ligi, to odpowiedziałbyś, że tak. 

– Zawsze mówię, że może nie dla każdego jest to dobra droga, ale na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że to był słuszny wybór. Nie wszyscy jednak muszą iść grać do I ligi, żeby grać w Ekstraklasie. Ja nie jestem jakimś dużym talentem, ale bardzo szybko się uczę. więc patrze na to też w ten sposób. Jak bym miał jednak odpowiedzieć, to poleciłbym spróbować swoich sił.

Jak wspomnieliśmy grałeś tam bardzo dużo i często znajdywałeś się w jedenastkach kolejki I ligi. Czułeś gdzieś z tyłu głowy, że przybliża Cię to do pierwszego składu Pogoni?

– Na pewno bardzo często zastanawiałem się, czy Pogoń w ogóle zwraca uwagę na moje występy. Miałem dobre wejście w Olsztynie. Oczywiście przydarzyły się słabsze mecze, ale to jest naturalne. Czułem się jednak dobrze i czułem, że radze sobie dobrze, więc nie miałem specjalnych problemów, żebym wychodził na boisko i bał się grać na kogoś.

Dostawałeś sygnały ze Szczecina, że jesteś obserwowany? 

– Byłem obserwowany i nawet dwa razy ktoś był na meczu, więc wiedziałem, że patrzą cały czas.

Wróciłeś do Szczecina, gdzie zaszły zmiany na pozycji pierwszego trenera. Do klubu trafił Maciej Skorża, z którym wszyscy wiązali olbrzymie nadzieje. Ale Ty nie do końca czułeś się pewny gry u trenera Skorży, bo podobno chciałeś porozmawiać na temat kolejnego wypożyczenia. 

– Wiadomo, że jak odchodziłem, to był trener Moskal i inaczej to by wyglądało gdybym wrócił właśnie do niego. Wiedziałby, że nabrałem doświadczenia. A tu się nagle zmienia trener i musiałem jechać na obóz i dać z siebie wszystko, co mam. Myślę, że naprawdę miałem wtedy udany obóz za sobą i, że spodobałem się trenerowi. Nie ukrywam, że miałem myśli, czy nie iść jeszcze gdzieś spróbować na pół roku i dopiero wrócić do Pogoni.

Dobry obóz miała za sobą cała drużyna i nadzieje były ogromne, w związku z tak utytułowanym trenerem. Cytując klasyka. Co się stało, że się… zepsuło?

– Nie wiem. Nie wiem jak to powiedzieć, bo naprawdę ciężko pracowaliśmy na obozie. Ja nie jestem trenerem, więc trudno mi jest powiedzieć co było źle, ale mieliśmy coś takiego, że często brakowało przyspieszenia akcji. Mimo, że często utrzymywaliśmy się przy piłce, to brakowało takiego elementu zaskoczenia. I te nasze wejścia w mecz… Nie wiem ile, z cztery, czy pięć razy było tak, że po dziesięciu minutach już przegrywaliśmy i sfera mentalna na pewno nie była na dobrym poziomie.

Po drodze była jednak ta pucharowa wygrana z Lechem i wydawało się, że odzyskujecie błysk i dalej będzie dobrze. Przyszedł mecz ligowy i znowu było źle.

– Ten mecz pucharowy to było coś takiego, że wszystko nam wyszło idealnie. Nic nie było źle i wszystko nam wychodziło. Ciężko się takie mecze powtarza, ale jakiś poziom powinniśmy byli utrzymać, a tego nie zrobiliśmy i następny mecz w lidze był już podobny do reszty.

Później wyjazd na Puchar do Bytowa. To była kulminacja frustracji u Was i u kibiców.

– Było widać po nas taką bezradność… W szatni mimo wszystko cały czas mówiliśmy sobie, że się nie poddajemy, choć może to wyglądało inaczej na zewnątrz. Nikt nie chciał złożyć broni i nikt nie mówił: “Dobra ciul, że spadniemy”. Widać nawet teraz, że wszyscy walczymy. Może byliśmy bezradni, ale wszyscy byli pozytywni i wierzyli, że wyjdziemy z tego kryzysu.

Ale ten mecz z Bytovią to był straszny zakręt. 120 minut walenia głową w mur i ostatecznie porażka po karnych. Można było sobie było zadać pytanie “Dokąd my idziemy?” Kibice podeszli po meczu pod autokar, na ławce posypały się czerwone kartki. To chyba taki najtrudniejszy moment w tym sezonie.

–  Tak jakby spojrzeć, to może faktycznie to był taki moment, w którym już nikt nie wytrzymał. Wszystkim puściły nerwy. Puchar Polski to jest fajna przepustka, żeby grać w europejskich pucharach i chyba mieliśmy taką ambicję, żeby te słabsze występy w lidze zatuszować sukcesem w Pucharze, bo była na to szansa. Wyciągnąłem z tego okresu wnioski i nie chce do niego wracać, bo to był naprawdę ciężki moment. To może pomóc w tym, żeby takich błędów już więcej nie popełniać.

U trenera Skorży wszedłeś w drugiej połowie meczu z Zagłębiem i wprowadziłeś wtedy z Dawidem Kortem dużo świeżości na boisku. To był taki mecz, który prawdopodobnie utwierdził trenera w przekonaniu, że warto na tego młodego Piotrowskiego postawić. 

– Cały czas od początku przygotowań trener utrzymywał mnie w przekonaniu, że mam trenować dalej i w końcu dostanę szansę, mimo, że na początku nie wychodziłem w pierwszym składzie. Przyszedł mecz z Zagłębiem i nie byłem zaskoczony tym, że wejdę i nie mówiłem sobie “O fajnie, że zagram”, tylko byłem gotowy i chciałem coś zmienić.

Pierwsze kroki w Ekstraklasie były dla Ciebie ciężkie? Nie mówimy o samym debiucie, ale już pierwszych poważnych występach w tym sezonie.

– Ja długo czekałem na ten sezon, bo wcześniejsze dwa nie były takie, z których byłbym zadowolony i nie byłem zadowolony też z siebie. Bo jak się nie gra, to najpierw trzeba spojrzeć na siebie. Cały czas czekałem, trenowałem, przyszedł ten sezon i cieszę się, że mogę łapać tyle minut, ale cały czas staram się poprawiać i szukać u siebie większych, czy mniejszych błędów. Pierwsze na co się patrzy, to wynik drużyny, a tutaj nie jest tak, jak bym to sobie wymarzył. Nikt kto gra w piłkę nie chce być na ostatnim miejscu i grać o utrzymanie. Ja cały czas jednak wierzyłem i mówiłem, że nie spadniemy i teraz też tak mówię. Na szczęście to wszystko ruszyło i wydaje mi się, że jesteśmy na dobrej drodze.

To szczęście też Wam w tym sezonie nie sprzyjało. Często były takie mecze na styku, które zawsze kończyły się waszą porażką. 

– Jak na przykład z Termalicą… Często utrzymywaliśmy się przy piłce i większość meczów kończyliśmy z większym posiadaniem piłki. Mieliśmy swoje sytuacje, choć gra nie była taka jak byśmy chcieli. Brakowało, tak jak mówiłem, tego zaskoczenia, mało gry 1 na 1. Może mieliśmy w głowie coś takiego, żeby popełnić jak najmniej błędów i żeby nie stracić tej bramki. Brakowało takiej świeżej głowy i zabawy piłką, o której tak dużo mówi teraz trener Kosta Runjaic.

Wielu na początku sezonu uznawało Cię za naturalnego następcę Mateusza Matrasa na pozycji numer 6, ale właśnie te postulaty Kosty Runjaica, który nakazuje wprowadzić ten luz i zabawę do gry sprawia, że grasz wyżej, masz większy udział w ofensywie i potwierdzają to liczby. Należy oddzielić kreską, to co było jesienią i to, co jest teraz?

– Nie oddzielam tego kreską, bo tam miałem trochę inne zadania, których wymagał trener Skorża. Byłem wtedy taką typową 6, ale rola takiej nowoczesnej szóstki się dla mnie zmienia i trener Kosta również tłumaczy mi, że mogę grać na pozycji nr 6, ale nie jestem zawodnikiem podobnym do Mateusza Matrasa. Mateusz jest zawodnikiem, od którego można się dużo nauczyć. Wyciągnąłem to, co fajne od niego i patrzę dalej na innych zawodników. Ja lubię być przy piłce i włączyć się do akcji ofensywnej. Także współpraca między wszystkimi środkowymi pomocnikami jest trochę inna, bo jest większa wymienność pozycji. Ktokolwiek nie wejdzie z środkowych pomocników, to niezależnie od tego czy jest usposobiony bardziej ofensywnie, czy defensywnie, musi wziąć piłkę i zrobić przewagę z przodu.

Trener Runjaic nie zwraca uwagi na podejmowane przez was ryzyko? Bo w ostatnich spotkaniach dużo jest takich ryzykownych akcji, gdzie mijasz na przykład dwóch rywali i to się może źle skończyć. Na nasze szczęście do tej pory większość z takich akcji miała pozytywny finał. 

– To działa w dwie strony. Są momenty, w których trener Kosta Runjaic krzyknie z ławki trenerskiej, że podejmujemy za mało ryzyka. To może potwierdzić Marcin Listkowski, któremu trener Runjaic cały czas każe wręcz grać 1 na 1 i robić przewagę.

Marcin potrafi wziąć piłkę i zabrać się z nią. 

– Tak, tak. I taki zawodnik jest moim zdaniem bardzo potrzebny w drużynie, który weźmie odpowiedzialność na siebie i zrobi przewagę. Trzeba to robić z głową, bo na własnej połowie jak się straci piłkę, to można i od razu miejsce w składzie stracić, ale gdzieś wyżej trener nie tylko pozwala na ryzyko, ale wręcz każe to robić.

Trudno było przygotowywać się do rundy wiosennej z perspektywy ostatniego miejsca w tabeli, mimo, że ostatnie mecze na jesień wlały trochę optymizmu?

– Te wyniki bardzo pomogły nam, żeby w lepszej atmosferze i w wierze przygotować się do tej rundy. Była ciężka praca na obozie w Turcji i tutaj w Polsce. Ten ostatni angielski tydzień przed przerwą na pewno wskazał nam kierunek, w którym powinniśmy podążać.

To był też świetny tydzień dla Ciebie. Bramki, asysty, asysty drugiego stopnia. Bardzo dobry mecz w Gdańsku, który był zupełnie inny niż te wcześniejsze. 

– Na pewno to było dobre spotkanie. Każdy z nas czuł, że to jest ten fajny mecz. Jak się obejrzy to spotkanie ze strony taktycznej, to można naprawdę bardzo fajne rzeczy wyciągnąć. Szliśmy nie tylko wysokim pressingiem, ale też zmienialiśmy to i przez większość meczu czekaliśmy nisko. Lechia mało co nam zagroziła. Od strony taktycznej był bardzo dobry.

Szczecin jesienią nie był szczęśliwy, bo nie potrafiliście wygrywać u siebie, ale na wiosnę póki co odwracacie tą tendencję. W waszych głowach też pewnie pojawia się taki obraz, że Szczecin musi być fortecą, którą był kiedyś.

– Nawet gdy przegrywaliśmy mecze u siebie, to w Szczecinie mało która drużyna grała z nami wysoko i próbowała grać w piłkę. Dopiero teraz Wisła Płock była drużyną, która tak chciała grać. Można powiedzieć – bez respektu. Przyjechała i próbowała nas stłamsić. Ale każda inna drużyna przyjeżdża tutaj i czeka na nasze błędy. Wszyscy czują, że tu nie ma łatwych meczów. Ale teraz jeszcze potrafimy wygrywać.

Tak, jak już mówiliśmy wcześniej – brakowało tego jesienią, że był mecz na styku i zawsze go przegrywaliśmy. Teraz taki mecz był z Wisłą Płock i jednak padł on naszym łupem.

– Śmialiśmy się, że jeszcze niedawno Furman by strzelił tego wolnego na 2:2, a w końcówce jeszcze by dołożyli gola na 3:2. A teraz stanęliśmy, każdy walczył, dawał z siebie 100%. Były też bardzo fajne zmiany. To był mecz dla kibica, który lubi walkę i zaangażowanie. Może nie najpiękniejszy, ale dla drużyny takie spotkania na pewno są ważne.

Przypomniało mi się pytanie, które miałem zadać. Kaszti, przypomnij dlaczego “Kaszti”?

– Szliśmy na trening i ja byłem jednym z najmłodszych. I tak, kurczę, z niczego starszy kolega rzucił “Kasztan, chodź tu!”. Na początku wiadomo, że się wkurzałem, ale później już do tego przywykłem. Nie wiem o co chodzi. Może on coś we mnie widział z kasztana <śmiech>. Trudno mi powiedzieć.

Ale generalnie masz dosyć spory dystans do siebie. Przypomnę Ci akcję z Sandecją i filmik, który krążył po internecie. Chłopaki na kadrze robili sobie z Ciebie niezłe jaja.

– <śmiech> No tak. Jak chodziłem po korytarzu i słyszałem tę muzyczkę, to już wiedziałem co oglądają. Trzeba mieć dystans do siebie, bo jakbym się tym przejmował, to wyszedłbym w następnym meczu i znowu zrobił coś takiego. Taka sytuacja rzadko mi się jeszcze przydarzy. Ale ja się wolę z czegoś pośmiać, niż brać to do siebie. Takiego dystansu nauczyło mnie gimnazjum. Przyszedłem z wioski do miasta i na początku jak ktoś coś na mnie powiedział, to się denerwowałem i nie mogłem wytrzymać, ale później to minęło.

Koledzy na kadrze chcieli dawać też pożyczki po pamiętnym obcięciu pensji. Taką sytuację też trzeba umieć obrócić w szyderę, bo wiemy, że ona w szatni trenera Michniewicza jest na porządku dziennym. 

– Trener Michniewicz lubi i umie sobie zażartować, także jest dobra atmosfera i często zarzuci dobrym żartem. Nie przeszkadza mi to, że ktoś się ze mnie pośmieje. Wtedy ja też się mogę odegrać i coś śmiesznego zrobić.

Kadra U-21 w tym obecnym kształcie wygląda naprawdę bardzo mocno. Jest też spora konkurencja na Twojej pozycji. Jest Żurkowski, Kownacki, Gumny, czy naczelny hejter Twittera, Kamil Grabara. Jak się odnajdujesz w tej szatni? Kamil lubi wbijać szpileczki?

–  <śmiech> Lubi, lubi, ale te żarty jego są takie inteligentne, bez żadnego chamstwa. Naprawdę w tej drużynie jest świetna atmosfera i Kamil dokłada do niej cegiełkę. On jest fajnym chłopakiem, nie wywyższa się, że jest lepszy, bo gra w Liverpoolu. Każdy jest równy.

fot. Łączy Nas Piłka

Jesteś ważnym elementem tej kadry. Grając w niej jeszcze nie zaznałeś smaku porażki. 3 zwycięstwa i 2 remisy.

– I mam nadzieję, że do końca eliminacji nie przegramy. Każdy z nas wie, że to jest dla nas szansa. Na takich Mistrzostwach Europy można się pokazać i złapać fajne momenty w życiu.

Ale wracając, to ta grupa ludzi ma naprawdę duży potencjał piłkarski.

– Ta kadra pomaga też całej lidze. Dzięki niej kluby mogą sprzedawać zawodników za wyższe sumy. Pierwsza kadra robi robotę i pokazuje nas w całej Europie, ale też nasza drużyna U-21, jeśli pojedzie na Mistrzostwa, to będzie miała możliwość zaprezentowania się szerszej publiczności. Dlatego jest jeszcze większa walka, żeby tam grać.

Szymon Żurkowski to jest taki człowiek, który zaraz odejdzie z Ekstraklasy za duże pieniądze? On pokazywał na jesień niesamowite umiejętności. 

– Bardzo przebojowo wszedł do ligi i chyba nikt się tego nie spodziewał. Ja go jeszcze spotkałem w I lidze. Akurat to był jego czwarty, czy trzeci mecz. Wchodzi w bardzo dużo pojedynków, zarówno w ofensywie, jak i w defensywie, co jest bardzo cenioną rzeczą wśród trenerów. I na jesień bardzo dużo tych pojedynków wygrywał i pomagał drużynie. Ma tez bardzo wysokie cechy fizyczne. Fajnie, że został i jeszcze pomoże Górnikowi w tej rundzie w osiągnięciu czegoś dużego.

Jak spojrzymy jednak na liczby, to wcale nie jesteś od niego gorszy. Szymon – 2 bramki i 3 asysty, natomiast Ty – 3 bramki i 2 lub 3 asysty, zależy jak kto liczy.

– Liczby są podobne, ale ja nigdzie nie mówię, że czuję się gorszy, bo tak nie jest. Stać mnie na pewno na jeszcze więcej. Z tych meczów, które za nami też nie byłem jakoś przesadnie zadowolony, bo widzę u siebie sporo mankamentów. To jest też takie fajne, że jest rywalizacja. Jest Szymon, jest Patryk Dziczek w Piaście, Damian Rasak w Wiśle Płock. Każdy na siebie trochę patrzy i każdy chce grać lepiej.

Przed pierwszym powołaniem na kadrę zadzwoniliśmy do trenera Michniewicza z pytaniem o Ciebie, czy będziesz tam grał, bo to było pewne zaskoczenie. Pewnie dla Ciebie również. On odpowiedział, że jest duże pole do popisu, bo jest spora rywalizacja, ale na Twój plus jest teraz to, że Dziczek, czy Rasak w pierwszym składzie nie grają, a ty utrzymujesz się w wyjściowej jedenastce. 

– Faktycznie ciężko było uwierzyć w to, że jadę, bo ten początek był słaby, gdzie przez trzy mecze nie zagrałem. Pewnie gdybym nie grał dalej, to by nie było o czym rozmawiać i dalej bym nie pojechał. Ale na szczęście udało się później zagrać kilka meczów na dobrym poziomie, co sprawiło, że trener mógł mnie powołać dalej.

To może teraz trochę ostrzejsze pytanie. Czy myślisz, że jest szansa, że pojedziesz na Mistrzostwa Świata w Rosji? Na pewno kogoś z tej kadry U-21 selekcjoner Adam Nawałka powoła, przynajmniej na te wstępne zgrupowanie w Arłamowie. 

– Wiadomo, że jest taki okres na plus i fajnie by było tam pojechać, bo kto by nie chciał udać się na Mistrzostwa Świata. Nie mówię nawet o jakiejś pierwszoplanowej roli, tylko żeby spojrzeć gdzieś od środka na tę drużynę, którą mamy. Ale czy myślę o tym? Jakieś tam sygnały docierają od ludzi, że ktoś tam się interesował, czy coś i wtedy mówię “Fajnie, że ktoś w ogóle to zauważa”. Sam jednak nie zastanawiam się nad tym i trener też pomaga mi w tym, żeby skupić się na tym co jest w klubie. Chcę poprawić jeszcze swoją grę, bo jest co poprawiać.

Jeśli już mówimy o Rosji, to czy jest to ładne miejsce do życia?

– <śmiech> Nie wiem. Nie jestem w stanie odpowiedzieć, ale wydaje mi się, że Grozny mógłby być ciężkim miastem do życia.

Nie jest to tajemnicą, że była oferta z Achmatu. Nie byłeś jednak przekonany, żeby do Rosji wyjechać. 

– Jak będzie wszystko fajnie szło drużynowo i indywidualnie, to wtedy można o czymś myśleć. Ja bym wolał jednak w tę drugą stronę pojechać i tam się sprawdzić.

Niewiele jest też takich przypadków, że ktoś z Rosji wyjeżdża na zachód.

– <śmiech> To są różne względy dlaczego się zostaje w Rosji. Zazwyczaj jak ktoś tam idzie, to już tam zostaje.

A Ty masz w ogóle takie parcie, żeby z Ekstraklasy uciekać?

– Nie. Najpierw chce coś pokazać tutaj, a później się będę zastanawiał dalej.

A załóżmy, że ten sezon dokończysz na takim wysokim poziomie na jakim niewątpliwie jesteś teraz i pojawiłaby się oferta z zachodu. Korzystna dla klubu i dla Ciebie. Na pewno byś ją rozważył.

– Myślę, że każdy zawodnik z Ekstraklasy jakby dostał ofertę wyjazdu na zachód, to by się nad nią zastanowił. To jest normalne. Jest jeszcze daleko do tego i ja nie chcę wybiegać jakoś bardzo w przyszłość.

Czy Jakub Piotrowski będzie najdroższym transferem w historii Pogoni?

– Rynek transferowy trochę teraz szaleje. Nie odpowiem. Zobaczymy, wszystko na świecie jest możliwe.

Jeden komentarz

  1. ach te gadki o transferach,a gablota Pogoni stoi pusta..tak dalej byc nie moze !

    (0)
Do góry

Reklama