Home / Newsy / DumaPomorza.pl na wyjeździe: reportaż z meczu ligi rumuńskiej w szczerym polu
DumaPomorza.pl na wyjeździe: reportaż z meczu ligi rumuńskiej w szczerym polu

DumaPomorza.pl na wyjeździe: reportaż z meczu ligi rumuńskiej w szczerym polu

No cóż, nie samą Pogonią człowiek żyje. Dlatego co jakiś czas serwujemy Wam reportaże z aren piłkarskich na całym świecie, na które udało nam się dotrzeć. Na łamach naszej strony mogliście już przeczytać między innymi o tym, jak wygląda futbol w Australii czy na Bałkanach. Teraz czas na ligę rumuńską, a więc otoczenie, z którego wywodzi się jeden z najlepszych piłkarzy Pogoni – Cornel Rapa.

W miniony poniedziałek wpadliśmy na mecz rumuńskiej ekstraklasy: Viitorul Constanta – FC Botosani. Pewnie zapytacie, czy jest jakikolwiek sens w zrobieniu 2000 kilometrów w jedną stronę tylko po to, żeby zobaczyć takie spotkanie. Śpieszę z odpowiedzią, że sensu nie ma żadnego. Pomysł możecie nazwać absurdalnym, głupim albo kretyńskim. Każde określenie będzie właściwe.

Człowiek z wiekiem jednak nie mądrzeje i pomysły do głowy przychodzą mu coraz bardziej absurdalne. Absurdalne, ale wbrew pozorom banalnie proste w realizacji, bo rodzą się w 15 minut. Najpierw sprawdzenie, gdzie w dany dzień można polecieć za kilka euro, a potem szukanie, czy ktoś w najbliższej okolicy gra w piłkę nożną. Tym razem los skierował nas na Bukareszt. Gdyby Pogoń nie grała z Lechem, to pewnie wybór padłby na derby rumuńskiej stolicy, które odbyły się tego samego dnia (bardzo emocjonujące), ale w związku ze spotkaniem przy Bułgarskiej, widowiska sportowego trzeba było szukać gdzie indziej i dzień później. Padło na poniedziałkowe spotkanie Viitorulu z Botosani, które – tak samo jak w Polsce – zamyka daną kolejkę rozgrywkową.

Tyle słowem wstępu, czas na faktyczną relację, w której postaram się opisać wszystko po kolei. Chronologiczne potraktowanie sprawy powinno uczynić ten tekst możliwie najbardziej przystępnym do przeczytania z nudów w kolejce do dziekanatu, zatłoczonym autobusie czy w czasie przerwy w pracy.

Wyprawa do Bukaresztu zaczęła się de facto zaraz po ostatnim gwizdku w meczu Lecha z Pogonią. Grupą ruszamy do centrum, gdzie w jednym z pubów dokonujemy szybkiej analizy niedzielnego spotkania. Po północy kończymy nasze pomeczowe studio. Część zostaje na noc w stolicy Wielkopolski, część wraca pociągiem do Szczecina, a my pakujemy się do Polskiego Busa i ruszamy do Berlina. Wszystko od początku układa się wzorowo. Termin (poniedziałkowa noc) sprawia, że w autobusie nie ma tłumów i rozłożenie się na dwóch fotelach pozwala przynajmniej na chwilę usnąć.

Na lotnisko Berlin-Schonefeld docieramy koło 6 nad ranem i już na dzień dobry wita nas potężny korek na parkingu oraz gigantyczne kolejki do odprawy w jednym z terminali. Na lotnisku co kilka sekund wywoływani się kolejni pasażerowie na tzw. last call. Pośpiech, panika, opóźnienie. Można było tylko zacytować kultowy tekst z “Misia” Stanisława Barei: “30. plenum spółdzielni zenum”. Nas jakimś cudem kłopoty jednak ominęły i naprawdę błyskawicznie znaleźliśmy się na pokładzie samolotu. Wszystko poszło bardzo sprawnie i mogliśmy spać dalej.

W Bukareszcie zegarki trzeba było przestawić o godzinę do przodu (zmiana strefy czasowej) i wyciągnąć z plecaka czapkę oraz rękawiczki. Wiało i sypało śniegiem. Nie było to najmilsze powitanie ze stolicą Rumunii. Pociąg do Konstancy mieliśmy o 14, więc zostało kilka chwil na wstępną certyfikację Bukaresztu. Pierwsze kroki skierowaliśmy oczywiście w kierunku Pałacu Parlamentu, czyli najbardziej znanego budynku w całym kraju.

Budynku zresztą niezwykle kontrowersyjnego. Powstał oczywiście z nadania dyktatora Nicolae Ceausescu w latach 80-tych. Jest w tej chwili drugim największym budynkiem na świecie. Zaraz za amerykańskim Pentagonem. Wygrywa głosowania zarówno na najładniejszy, jak i najbrzydszy obiekt w kraju. Z jednej strony kojarzy się z mrocznymi czasami dyktatury, ale z drugiej dumni Rumuni czują satysfakcję, że mają coś największego w Europie. Stosunek do pałacu jest tam podobny do tego, jakim u nas darzy się warszawski Pałac Kultury i Nauki.

Całość otacza bulwar Unirii, który również nakazał wybudować Ceausescu. Jest ciut większy od paryskich Pól Elizejskich, bo taki właśnie zamiar miał rumuński dyktator. Jeśli dodać do tego fakt, że Bukareszt ma też swój łuk triumfalny, to nie bez przyczyny jest nazywany Paryżem Wschodu. Szkoda tylko, że inwestycje Ceausescu wiązały się z wyburzeniem dużej części zabytkowej starówki w Bukareszcie i przekształceniem krajobrazu miasta w socrealistyczny, betonowy moloch.

Dyktator, jak chyba każdy komunistyczny kacyk, miał jednak obsesję na punkcie absurdalnych inwestycji, które miały świadczyć o wielkości jego kraju. Przykładem jest nie tylko sam Bukareszt, ale także chociażby słynna Trasa Transfogarska. Ceausescu poświęcił kilka miliardów oraz życie 40 osób, żeby poprowadzić drogę przez sam środek najwyższego pasma Karpat. Tłumaczył, że to na wypadek radzieckiej inwazji, ale tak naprawdę czołgi nie byłyby w stanie kręcić się po tych serpentynach i zmieścić pod większością wiaduktów przeciwlawinowych. Po prostu chciał udowodnić kapitalistom z zachodniej Europy, że: “Ja nie wybuduję? Potrzymaj mi piwo!”. To jak, jakby w Polsce jakiś ancymon za czasów słusznie minionych postanowił, że zrobi drogę gdzieś pod Rysami albo Kasprowym Wierchem i przy okazji powysadza tonami dynamitu nasze piękne góry.

Tyle słowem dygresji. Wracamy do Bukaresztu, gdzie wsiadamy o 14 do pociągu w kierunku Konstancy. Do pokonania mamy 230 kilometrów. Warunki na kolei naprawdę bez zarzutu. Pociąg pokonuje trasę w 2 godziny i 20 minut, a my możemy siedzieć na miękkich i wygodnych fotelach w wagonie bezprzedziałowym. Zdecydowanie pełna kultura.

Jedziemy w towarzystwie Rumuna, który łamanym angielskim próbuje nas trochę zagadać. Narzeka, że na świecie ich naród postrzega się przez pryzmat Cyganów, z którymi nie mają nic wspólnego, a gdy dowiaduje się, że jesteśmy z Polski, to zachwala kibiców Legii Warszawa i opowiada co nieco o derbach Bukaresztu. Deklaruje się jako fan Steauy. Wręcza nam po piwie, sam odpala dwa browary i usypia. Jeździ tak po kraju bez większego celu, ponieważ rzuciła go żona. Na stacji końcowej śpi tak mocno, że nie można go dobudzić. Pasażerka, która z nami jechała nawet zaczęła sprawdzać mu puls, ale okazało się, że wszystko z nim okej.

Zawijamy się do hotelu i mamy kilka godzin do meczu. Teraz parę słów na temat tego, co się będzie działo i gdzie jesteśmy. Konstanca to jedno z największych rumuńskich miast położone nad Morzem Czarnym. To największy port w kraju oraz istotny ośrodek turystyczny słynący z plaży na długiej mierzei. Architektura jest jednak mocno socrealistyczna i nie licząc wybrzeża, to samo miasto nie powala na kolana. Blokowiska, socreal i tak dalej.

Najważniejszym klubem w mieście przez lata był Farul (po polsku latarnia). Aktualnie wpadł jednak w kryzys i tuła się po niższych ligach. Dzisiaj wizytówką jest Viitorul, który na wielu płaszczyznach przypomina naszą Termalikę. Klub został założony w 2009 przez legendarnego Gheorghe Hagiego, który dzisiaj jest zarówno prezesem, jak i trenerem. Pierwotnie miał skupiać się tylko na rozwijaniu akademii dla młodych zawodników, ale drużyna zaczęła notować kolejne awanse. Dotarła aż do ekstraklasy i w zeszłym sezonie została sensacyjnym mistrzem Rumunii! Dlaczego Hagi inwestuje własne pieniądze w taką zabawkę? Chciał, żeby w Rumunii w końcu powstał transparentny klub bez problemów finansowych, długów i niejasnych powiązań z różnymi dziwnymi podmiotami.

Bo liga od wielu lat dogorywa. Steaua przez popisy apodyktycznego Gigi Becaliego straciła prawa do herbu i nazwy, dlatego oficjalnie nazywa się FSCB. Spora część kibiców odwróciła się od klubu i wspiera oryginalną Steauę, która zaczyna bodajże od IV ligi. FCSB zostało też wyrzucone ze swojego stadionu i musi grać na Arenie Narodowej. Kolos ma 55 tys. miejsc, więc komicznie wyglądają trzy, cztery tysiące na spotkaniach ligowych. To jednak idealnie oddaje klimat klubu, w którym jeden z poprzednich trenerów pił wódkę przed meczem, ponieważ uważał, że to przynosi zespołowi szczęście, a Gigi Becali konferencje organizuje na ozłoconym ołtarzu, gdzie sam siedzi na tronie i odpowiada na pytania.


Rapid Bukareszt został zlikwidowany (też odradza się gdzieś w niższych ligach), totalnie zniknęła Unirea Urziceni, która przecież grała w Lidze Mistrzów.

Viitorul na tle rumuńskiego bałaganu jest więc oazą spokoju i wzorem organizacji. Klub też napotykał jednak na kłopoty. Granie na stadionie Farulu w sercu miasta było zbyt drogie, więc Hagi zawinął się 20 kilometrów od centrum Konstanty – do wioski Ovidiu i zbudował tam w szczerym polu stadion na 4,5 tys. miejsc i całe zaplecze treningowe z kilkoma boiskami. Naprawdę – wygląda to praktycznie tak samo, jak w Niecieczy.

Mecz rozpoczyna się o 20:45, a o 20:00 spod obiektu Farulu ma odjeżdżać darmowy autobus dla kibiców, którzy chcą zobaczyć mecz. Docieramy kilka minut przed 20, ale nie możemy namierzyć pojazdu. Instruuje nas dopiero jeden z trenerów, który wychodzi z budynku. Wskazuje nam autokar i każe biec, ponieważ zaraz odjeżdża. Jesteśmy. Witają nas “kumaci” kibice Viitorulu, którzy stoją jeszcze przed autokarem. Kumaci to oczywiście słowo użyte żartobliwie, ponieważ kibicowsko jest to poziom właśnie Niecieczy. Gdy dowiadują się, że jesteśmy z Polski i chcemy zobaczyć mecz ich drużyny, to zachowują się mega w porządku. Zapraszają nas, żeby usiąść z przodu autobusu razem z całą “starszyzną” i wręczają darmowe bilety na sektor za bramką, z którego dopingują Viitorul.

Jedziemy jakieś 20 minut zdezelowanym wrakiem. Kierowca jedną ręką trzyma kierownicę, a drugą myjkę, którą cały czas przeciera zaparowaną szybę. Ze świateł prawie zawsze rusza “kangurkiem”. W autokarze nadkomplet. Sporo kibiców stoi, wszyscy się tutaj znają. Jak to południowcy – głośno gadają, przekrzykują się, gestykulują. Są jakieś śpiewy, walenie w bęben. W międzyczasie jeden z ważniejszych fanów robi rundkę po autokarze i zbiera na oprawy. Po jakichś 20 minut docieramy na obiekt. Gość, który przed chwilą zbierał kasę instruuje nas, żebyśmy 10 minut po meczu byli w tym samym miejscu i pokazuje, gdzie mamy iść.

Docieramy na sektor za bramką. Stajemy sobie z boku, żeby dobrze było widać boisko oraz mieć oko na to, jak będą dopingować kibice. Jeden z nich zachęca nas machaniem ręką do tego, żeby dołączyć do młynka, ale z wiadomych względów dziękujemy. Większość osób z autokaru rozłazi się po różnych miejscach stadionu, a w młynku zostaje kilkanaście, kilkadziesiąt osób. Śpiewają, machają flagami. Starają się wspierać klub na miarę możliwości.

Mecz, podobnie jak na Pogoni, zaczyna się od ryku syreny okrętowej.

To mecz drużyn walczących o wejście do grupy mistrzowskiej. Mimo przenikliwego zimna – na stadionie jest ponad 1000 widzów, co na tak kameralnym obiekcie sprawia dobre wrażenie przyzwoicie nabitego obiektu. Zaczyna się źle dla gospodarzy, ponieważ rywale szybko strzelają gola z ewidentnego rzutu karnego. Potem zaczynają jednak powoli dochodzić do głosu i jeszcze przed przerwą wyrównują za sprawą Ianisa Hagiego. 19-letniego syna trenera i kapitana drużyny.

W przerwie opuszczamy sektor za bramką, wpadamy ogrzać się do klubowego fanshopu, a potem wchodzimy na naszych darmowych biletach na najdroższą trybunę wzdłuż boiska, ponieważ ochroniarze już nie sprawdzają wejściówek. W drugiej połowie Viitorul ciśnie, ma zdecydowaną przewagę, ale wydaje się, że nic z tego nie będzie i gospodarze zostaną z punktem. W 94. minucie fatalny błąd popełnia zresztą bramkarz Viitorulu i nabija napastnika rywali. Ten dopada do piłki, wychodzi sam na sam i strzela wprost w golkipera. Botosani mogło być w niebie, ale kilkanaście sekund później było w piekle. Gospodarze przeprowadzają kontrę, Hagi oddaje piłkę Andrei Ciobanu, a ten kapitalnym strzałem z dystansu daje wygraną 2:1. Na trybunach i ławce rezerwowych prawdziwa ekstaza.

Gol od 5:54:

Bohaterem meczu był oczywiście Ianis Hagi, który dopiero co wrócił z niezbyt udanego pobytu w Fiorentinie, gdzie się nie przebił. 19-latek zapisał na swoje konto gola oraz asystę i serię kapitalnych, indywidualnych akcji. Drybling, luz, niekonwencjonalne zagrania. Nic dziwnego, że po trybunach co chwilę niosło się głośne “Ianis, Ianis”, a sam młodzieniec z opaską kapitana, często bił brawo fanom. Nie ma jak w domu – chciałoby się powiedzieć.

Generalnie Viitorul ogląda się bardzo miło dla oka, ponieważ widać, że to zespół stworzony z młodych zawodników wychowanych przez Hagiego. Klepka, granie po ziemi, zagrania piętą. Momentami wydaje się, że widzimy spotkanie Centralnej Ligi Juniorów. W lidze rumuńskiej gra się bardziej technicznie i jest znacznie więcej miejsca niż w polskiej ekstraklasie.

Po końcowym gwizdku zaczepia nas jeden z bardzo sympatycznych kibiców, który pyta skąd jesteśmy i upewnia się, że podobało nam się na meczu. Gdy słyszy Polska, to oczywiście od razu opowiada o kibicach Legii Warszawa. Prezentuje nam też krótki rys historyczny klubu, chwali się, że Viitorul grał w eliminacjach Ligi Mistrzów (odpadł z APOEL-em) i proponuje podwózkę do Konstancy. Uprzejmie dziękujemy, ponieważ wiemy, że czekają na nas w autokarze. Zbijamy piątki i życzymy wszystkiego dobrego.

Tym razem zajmujemy już miejsca bardziej z tyłu autokaru, żeby móc trochę ochłonąć po ostatnich emocjach. Wysiadamy w centrum i żegnamy się z naszymi gospodarzami. Po drodze w autobusie jest trochę śpiewów i świętowanie zwycięstwa.

Z samego rana ruszamy do Bukaresztu. Tym razem już nikt nie próbuje nam umilać podróży rozmową, ponieważ siadamy z dwoma Azjatkami zajętymi robieniem selfie. W stolicy znowu śnieg, ale mamy kilka godzin do samolotu, więc postanowiliśmy sprawdzić jeszcze kilka rzeczy w rumuńskiej stolicy. Zaliczyliśmy Łuk Triumfalny oraz Stadion Narodowy.

Największą zmorą są wszechobecne samochody i sposób parkowania. Na pasach, na chodniku, na ścieżce rowerowej, nawet na pasach rozdzielających jezdnie. Wszędzie, gdzie tylko można zostawić samochód. Porysował się? To nic. Przecież trzeba dojechać do samego słupka. Uważać trzeba nawet na przejściu dla pieszych, bo kierowcy w Rumunii na warunkowych prawoskrętach nie zwykli zdejmować nogi z gazu.

Ale choć jeżdżą jak wariaci, to trzeba im oddać, że to bardzo mili i otwarci ludzie. Czego powyżej przedstawiłem zresztą przykłady. Rumuni to naród niezwykle patriotyczny (wszędzie jest pełno flag) oraz walczący o zmianę panujących o nich stereotypów mylących ich z Romami, czyli Cyganami. Jest to dla nich tym bardziej bolesne, że są niezwykle dumni ze swojego rzymskiego pochodzenia. Ich język to zresztą połączenie łaciny z językiem francuskim i włoskim. Stworzonym sztucznie i całkiem niedawno, bo w XIX wieku, ale jednak sklasyfikowanym w grupie języków romańskich.

Jest jednak jeszcze jedna rzecz, która wpienia. To kontrola biletów, a raczej sposób, w jaki jest prowadzona. Kanary są w co drugim autobusie i wsiadają w zwartej grupie. Mają na sobie kamizelki z napisem “control”. Czują się władcami świata i nikomu nie przepuszczą. Największy szok przeżyliśmy jednak w Konstancy. Grupa kontrolerów (razem z policją, która przyjechała autokarem!) ustawiła się na drodze pomiędzy przystankami i zatrzymywała każdy autobus, który jechał tą drogą. Grupa wpadała do środka i wyciągała ludzi bez biletów jak jakichś przestępców. W większości były to przestraszone dzieciaki oddawane zaraz potem w ręce policjantów. To nauczyło nas, żeby zawsze mieć bilet w autobusie czy metrze.

Powrót do Polski również bezproblemowy, choć sam lot opóźnił się o 15 minut, ponieważ ktoś mądry stwierdził, że opłuka sobie jeszcze… skrzydła.

 

 

 

Jeden komentarz

  1. Bardzo fajny tekst. Brawo Wy!

    (2)
Do góry

Reklama