Home / Newsy / Dawid Błanik. Do wielkiej piłki przez śląskie podwórko, Czechy i romskie osiedle
Dawid Błanik. Do wielkiej piłki przez śląskie podwórko, Czechy i romskie osiedle

Dawid Błanik. Do wielkiej piłki przez śląskie podwórko, Czechy i romskie osiedle

“Futbol nie ma nic wspólnego z fair play. To nienawiść‚ zazdrość‚ samochwalstwo‚ pogarda dla przepisów i sadystyczna przyjemność z bycia świadkiem przemocy. Inaczej mówiąc‚ to wojna minus wystrzały” – to słowa angielskiego pisarza George’a Orwella. Dawid Błanik jako 20-latek zdążył poznać już wszystkie karty piłki nożnej. Od strzelania goli na stadionie i dopingu swoich kibiców, po brudne zagrywki właścicieli klubu. Zabieramy was na wycieczkę, bilet kupujemy na Śląsku, gdzie powietrze jest tak gęste, że możesz przeciąć je nożem. Odwiedzimy Czechy, by dowiedzieć się, że słowa nie zawsze mają pokrycie w czynach i wrócimy do Polski, bo na to nigdy nie jest za późno. Zapraszamy!

Jastrzębie Zdrój – miasto na Górnym Śląsku, które znajduje się tuż przy granicy polsko – czeskiej. Znane przede wszystkim ze złóż węgla kamiennego, co przekształciło miejscowość w ośrodek przemysłowy. Przygraniczne polskie miasta często charakteryzowało to, że zawsze dało się tam ubić interes. Tutaj sprzedam, tam coś kupię i czas leci dalej, człowiek znów przetrwał kolejny dzień. Mieszkańcy w większości pracowali w kopalniach, a po pracy odpoczywali w domach. Ścieżka kariery zawodowej w śląskich domach wydawała się znana, syn przeważnie szedł w ślady ojca i rozpoczynał pracę w kopalni, która wymaga wielkiego poświęcenia.

Ostatnio na piłkarskiej mapie Polski, Jastrzębie Zdrój nie jest łączone tylko z III-ligowym GKSem 1962 Jastrzębie, ale zdecydowanie bardziej z nazwiskiem Kamila Glika. Reprezentant Polski i zawodnik AS Monaco pochodzi z wyżej wymienionej miejscowości i dla młodych chłopaków z bloków jest osobą, którą warto naśladować i podążać jej śladami, gdyż nawet ze śląskiej metropolii można ruszyć na podbój piłkarskiego świata.

Z podwórka na stadion

Każdy chłopiec, który odbijał piłkę na podwórku przy swoim bloku, gdzieś pomiędzy murkiem, a trzepakiem, który pełnił role bramki na wyimaginowanym boisku miał jedno wielkie marzenie – zostać profesjonalnym piłkarzem. Nie inaczej było w przypadku Dawida Błanika. Skrzydłowy Pogoni urodził się w Jastrzębiu Zdrój, gdzie mieszkał do 4. roku życia. Później przeniósł się do Mikołowa oddalonego o 40 kilometrów od rodzinnego miasta zawodnika. Tam stawiał pierwsze kroki w piłce – na śląskim podwórku, tuż pod blokiem, w którym mieszkał.

–  Wszystko zaczęło się na osiedlu. Wraz z kolegami marzyliśmy o tym, aby zostać profesjonalnymi piłkarzami. Spotykaliśmy się na dworze i godzinami graliśmy w piłkę. Pewnego dnia przyleciał do mnie kolega i powiedział, żebym poszedł z nim na trening. W sumie, to nie miałem nic do stracenia – opowiada Dawid Błanik, który z sentymentem sięga do tych lat dzieciństwa, gdzie wszystko było beztroskie, a twoim największym problemem były zadania domowe, które czekały w domu na odrobienie.

Skoro szło dobrze na podwórku, to czas było na większe wyzwanie, treningi w szkółce piłkarskiej AKS Mikołów. Na pierwszy trening nie zaprowadził go tata, mama czy dziadek.

– Pewnego dnia przyleciał do mnie kolega i powiedział, żebym poszedł z nim na trening. W sumie, to nie miałem nic do stracenia. Poszedłem na jeden trening, zostałem w Mikołowie na kilka lat – dodaje Błanik.

Piłka juniorska rządzi się swoimi prawami, na początku jest to forma zabawy, aby nie zniechęcić dzieci do treningów. Im dalej w las, tym wszystko zaczyna wyglądać tak, jak w profesjonalnej piłce. Są turnieje, mecze ligowe i pełne jednostki treningowe. Wiadomo jednak, że młodzi ludzie nie do końca traktują sprawy poważnie, a częściej jako forma rozrywki, którą zawsze można zmienić. Inaczej było w przypadku młodego skrzydłowego, który w głowie miał cały czas swoje marzenie, które zrodziło się na podwórku.

– Można powiedzieć, że przede wszystkim motywowałem się do ciężkiej pracy sam. Wiedziałem, że chce coś w piłce osiągnąć i nie spoczywałem na laurach. Rodzice widzieli we mnie potencjał i oni również motywowali mnie do działania. Jeżeli chodzi o szkołę ,to nie zawsze to wszystko współpracowało ze sobą (śmiech). Starałem się to wszystko pogodzić, ale wiadomo jak to w życiu bywa – tłumaczy piłkarz Pogoni.

Czeski film

Jak to bywa w juniorskim futbolu, na swojej ścieżce często spotkać można łowców talentów, czyli zwyczajnie mówiąc – piłkarskich skautów. Kluby przyglądają się piłkarzom już od początków ich przygody z piłką. W wieku juniorskim łatwiej pozyskać zawodnika, który wygląda na obiecującego piłkarza. Po pozyskaniu młodego narybku, reszta zależy już tylko od nowego klubu piłkarza. Jeżeli stawia na młodzież i umie wprowadzać ją do zespołu, może zacząć liczyć pieniądze.

Skauting skupiony jest na najbliższych, przygranicznych sąsiadach. Trenują tam głównie Czesi, było też kilku Polaków w każdym roczniku. Te relacje polsko-czeskie zawsze były bardzo dobre. Pod kątem współpracy piłkarskiej, na boisku, ale także skautingowej. Wszystko funkcjonowało na najwyższym poziomie – tłumaczy nowy nabytek Pogoni Szczecin.

Błanik na swojej drodze spotkał skautów z czeskiego klubu – MFK Karviná. Klub z naszego sąsiedniego państwa w piłce seniorskiej nie prezentował się rewelacyjnie, gdyż grał na zapleczu Ekstraklasy. Inaczej za to wyglądały rozgrywki juniorskie, tutaj Czesi znali się na tej robocie. Mimo wszystko taki ruch w wieku juniorskim budzi więcej obaw, niż zachwytów. Wyjazd z kraju wiąże się z wywróceniem do góry nogami dotychczasowego życia. Zmiana otoczenia to nie jest łatwa sprawa dla młodego chłopaka.

– Moim najważniejszym wyborem w przygodzie z piłką był wyjazd do Czech. To nie była łatwa decyzja, ale oceniając z perspektywy czasu uważam, że był to dobry ruch. Uważam, że ten krok w czeską stronę pozwolił mi się “dźwignąć” piłkarsko, poprawić moje umiejętności. Cieszę się, że tak to się wszystko potoczyło. Jako 14 – latek trafiłem do Karviny. Tam funkcjonowałem bardzo normalnie. Trenowałem i uczyłem się w polskiej szkole, ponieważ polskie gimnazjum znajdywało się na miejscu. Moim podstawowym środkiem transportu był rower. To nim jeździłem do szkoły, a później na treningi. Mieszkałem w internacie, wszystko miałem na miejscu. Później przeszedłem do rocznika U-19. Obiekt treningowy mieścił się w internacie, w którym mieszkałem. Do szatni miałem no może ze dwa metry z pokoju (śmiech). Pokój był na lewo, a szatnia na prawo. W czeskiej piłce przeszedłem wszystkie szczeble juniorskie, zaczynając w drużynie U-14, kończąc w drużynie U-19. – opowiada skrzydłowy.

I trzeba przyznać, że Karwina jako miejsce zamieszkania pozwalało spokojnie żyć. Ponad 50-tysięczne miasto ma swój urok, jest położone nad rzeką Olzą, co dodaje jej sporego uroku. Każde miasto skrywa także swoją drugą, mroczniejszą stronę. Nie inaczej było w przypadku czeskiej miejscowości, gdzie prócz Czechów, Słowaków i Polaków żyli także Romowie. Pech był taki, że internat w którym Błanik mieszkał znajdywał się w dzielnicy zamieszkałej przez Romów.

Dzielnica nie była za fajna. Żeby dotrzeć na stadion, należało przejść przez osiedle Romów, największe w mieście. Wieczorem trzeba było iść szybkim tempem, odwracać się co chwilę. Oni trzymali się w grupkach, zaczepiali, próbowali okradać. Zdarzało się, że trzeba było uciekać. Po jakimś czasie zmieniliśmy trasę – opowiada piłkarz w rozmowie z Przeglądem Sportowym.

Trudne były również warunki w samym internacie. Budynek wyglądał jak wojskowe koszary, w pokoju znajdowały się trzy łóżka, jedna szafa i żadnego biurka, aby odrobić lekcje . Mówimy tutaj o klubie piłkarskim, nie obozie wojskowym.

– Gdy mój menedżer zobaczył, w jakich warunkach mieszkałem, stwierdził, że nie będę tam żył i wracamy do Polski. Tym bardziej, że ani razu nie trenowałem z seniorami – dodawał

Zawodnik spakował się i wrócił do Polski. Szybko dostał telefon z Karwiny, w którym usłyszał, że ma wracać, gdyż jego kontrakt nadal obowiązuje. Sprawa trafiła do sądu, gdzie górą okazał się piłkarz. Umowa była nieważna, gdyż była podpisana tylko przez mamę niepełnoletniego zawodnika, a potrzebne były podpisy obojga rodziców.

 Moje zdanie jest takie, że nie żałuję wyjazdu do Czech. Mogłem podnieść swoje umiejętności piłkarskie. Uważam jednak, że dobrym krokiem był mój powrót do Polski – stanowczo odpowiadał na pytanie o Czechy, Dawid Błanik.

Tyska karuzela bez truskawki na torcie

Zawodnik wrócił do kraju, związał się kontraktem z GKSem Tychy i przystąpił do treningów. Nie było łatwo, choć od samego początku trenował z pierwszą drużyną, to przez długi czas odgrywał ważne role tylko w drużynie rezerw. Trudno było przekonać do siebie trenerów Tyskiej drużyny, gdyż szkoleniowców zmieniano tam szybciej niż bieliznę. Podczas swojego pobytu w Tychach, Błanik brał udział w treningach z pierwszym zespołem u czterech trenerów: Tomasza Hajto, Kamila Kieresia, Jurija Szatałowa i Ryszarda Tarasiewicza. Debiutował w lidze za kadencji Hajty, ale dopiero u Szatałowa zaczął odgrywać ważną rolę.

– Trener Hajto nie pracował długo, ale to on dał mi zadebiutować w I lidze, w meczu z Wisłą Płock. Kluczowej roli jednak w drużynie nie odgrywałem. Trener dobry, ale w Tychach mu nie wyszło – opowiada skrzydłowy.

Być może u trenera Hajty zabrakło przysłowiowej truskawki na torcie, inaczej sprawa miała się u trenera Szatałowa.

–  To był ten okres, gdzie zaczynałem budować swoją markę w pierwszej drużynie. Trener Kiereś również pomógł mi przebić się na dobre do drużyny – wspomina Błanik.

Jednak to postać ostatniego trenera mocno kojarzy się z Pogonią Szczecin. W końcu to Ryszard Tarasiewicz po długiej wegetacji Pogoni Szczecin w I lidze, dał w końcu kibicom upragnioną Ekstraklasę, na którą w Szczecinie tak długo czekano. Naturalnie nasuwało się pytanie, czy były trener Pogoni był pośrednikiem w rozmowach pomiędzy klubami i czy sam doradzał swojemu zawodnikowi, aby mocno zastanowił się nad ofertą ze Szczecina.

– Nie, trener nic nie opowiadał o klubie. Nie wiedziałem, że ma taki status w Szczecinie i że to on wprowadził Pogoń ponownie do Ekstraklasy – odpowiadał zaskoczony Błanik.

Tychy na piłkarskiej mapie Polski są wyblakłe. Pomimo fantastycznej infrastruktury w postaci nowego stadionu, wciąż drużynie bliżej do końca tabeli niż jego początku. Na ten fakt nie składa się tylko i wyłącznie czynnik sportowy, dużo mówi się o tym, że w klubie nie do końca zdają sobie sytuacje jakie możliwości posiadają. Wystarczyłoby dać z siebie nieco więcej, a Ekstraklasa byłaby realnym celem, nie marzeniem.

 – Obiekt jest nowy i prezentuje się znakomicie, ale czegoś w GKS-ie brakuje. Ambicje są takie, żeby bić się o Ekstraklasę, tymczasem tabela mocno weryfikuje marzenia. Dziękuję całemu klubowi za szansę jaką mi dali w I lidze, dzięki temu jestem teraz w Pogoni. Trzymam za nich kciuki i mam nadzieję, że zobaczymy się w Ekstraklasie w niedalekiej przyszłości – dodaje zawodnik.

Dobra postawa w rundzie jesiennej sezonu 2017/2018 w I lidze spowodowała zainteresowanie wielu klubów. W 19 spotkaniach strzelił 4 bramki i zaliczył 2 asysty, ale jego postawa na boisku imponowała mocno drużyną Ekstraklasy.

Świąteczny telefon i laurka od Runjaica

– Przed świętami zadzwonił do mnie mój menadżer, że dzwoniła do niego Pogoń Szczecin i są bardzo mocno zainteresowani moją osobą. Jeżeli ja też wyrażam chęci negocjacji, to czy może on podać mój numer dyrektorowi sportowemu. Od razu odpowiedziałem, że tak. Szybko dostałem telefon ze Szczecina, w którym usłyszałem, że klub chce, abym grał dla Pogoni i wyjaśnili mi jaką rolę mam spełniać w drużynie. Wiedziałem, że jest to dla mnie duży krok do przodu i myślę, że każdy wykorzystałby taką szansę. Jeżeli drużyna z Ekstraklasy chce, żebyś reprezentował jej barwy, to nie ma tutaj miejsca na zbędne zastanawianie się. Muszę także wspomnieć o fakcie, że na sam transfer mocno naciskał trener Runjaic. To on szczególnie widział mnie w swojej drużynie. To było bardzo kluczowe w podjęciu przeze mnie tej decyzji o dołączeniu do Pogoni. Warunek tej rozmowy telefonicznej z dyrektorem był jeden, miałem jeden dzień na podjęcie decyzji. Następnego dnia miałem oddzwonić i powiedzieć czy decyduje się dołączyć do Pogoni Szczecin. Mój transfer był dopięty jeszcze przed świętami, więc taki prezent wpadł pod choinkę (śmiech) – opowiada o kulisach swojego transferu do Szczecina nowy skrzydłowy Pogoni.

Transfer od początku do końca wyglądał na zaplanowane działanie sztabu szkoleniowego i dyrektora sportowego. Trener Runjaic przejrzał nagrania spotkań GKSu Tychy, wyrobił sobie dobrą opinię o zawodniku i zapalił zielone światło przy nazwisku Błanika. Na pytanie skąd miał tyle informacji na temat młodego skrzydłowego, odpowiedział dziennikarzom, że z Google, dodając później, że w dzisiejszych czasach nie jest trudno zdobyć najpotrzebniejsze informacje o jakimś zawodniku.

–  To trener z bardzo wysokiej półki. Zobaczmy tylko jak potrafił w niedługim czasie odmienić Pogoń, ostatnie 3 mecze to była zupełnie inna drużyna. Na boisku była widoczna waleczność, każdy zawodnik oddawał całe serce za Pogoń. Dla mnie współpraca z trenerem Runjaicem to ogromna przyjemność i wielka lekcja, która pozwoli mi wskoczyć na jeszcze wyższy poziom. Nie wiem jak będą wyglądać zajęcia już w trakcie ligi, ale nasz okres przygotowawczy na pewno nie był łatwy. Pamiętam, że gdy przyjechałem do Szczecina, to myślałem, że będziemy mieli jakieś lekkie wprowadzenie do tego okresu przygotowawczego, a tu wprowadzenia nie było w ogóle. To na pewno mnie zaskoczyło, ale też pokazało, że ekstraklasowa rzeczywistość jest zdecydowanie inna niż ta pierwszoligowa – chwali nowego trenera skrzydłowy Pogoni.

Szybko wychodziły na świat informacje, że nie tylko Pogoń była zainteresowana młodym skrzydłowym. O usługi Błanika zabiegał Górnik Zabrze, a więc klub, który buduje drużynę w oparciu o zawodników z regionu śląskiego. Walczyć o młodego piłkarza miała też Cracovia.

– Zacznijmy od tego, że najbardziej konkretną ofertę miałem od Pogoni. Sam dopiero po czasie dowiedziałem się, że Górnik i Cracovia sondowały moją osobę. Tylko, że “sondowanie” mało mnie interesowało, musiałem mieć wszystko czarno na białym, więc wiedziałem, że wybiorę Pogoń, która mnie po prostu chce. Dla mnie nie ma żadnego problemu, aby przeprowadzić się na drugi koniec Polski. Jeżeli mam możliwość podnoszenia swoich umiejętności, to zawsze wybieram taką opcję – przekonuje pewny siebie piłkarz.

Podczas okresu przygotowawczego nowy skrzydłowy “Dumy Pomorza” zdążył zaprezentować się kibicom w meczach sparingowych. W większości pokazał się z dobrej strony, zbierając bardzo pochlebne opinie. Gdy przebywał na boisku, to zawsze się wyróżniał dużą dynamicznością, sporą dawką inteligencji i nieszablonowości oraz niezłym wyszkoleniem technicznym.

– Myślę, że mogę być zadowolony z tego, co pokazałem. Oczywiście, że mogę jeszcze więcej, ale muszę dojść do siebie. Zamieszanie związane z transferem, przeprowadzka do Szczecina, zmiana otoczenia – to wszystko ma wpływ na samopoczucie i pewność siebie. Wszystko dla mnie jest nowe, ale z dnia na dzień oswajam się z tym. Wiem, że mam w sobie jeszcze duże rezerwy – mówi przekonany co do swoich możliwości Dawid Błanik.

Jedni mówią, że to melodia przyszłości, inni, że poważny konkurent do tego, aby szybko pomieszać klocki w podstawowym składzie Pogoni Szczecin. Jedno jest pewne, w “Granatowo – Bordowej” rodzinie zameldował nam się bardzo ciekawy chłopak, ze sporym talentem. Jeżeli pewnie postawi pierwszy krok w Ekstraklasie, to kibice w grodzie Gryfa będą mieli dużo radości z młodego skrzydłowego.

Foto: AKS Mikołów, MFK Karvina, Jastrzębie Zdrój, Rafał Milach “Szare” – zdjęcie chłopca kopiącego piłkę na śląskim osiedlu.

Źródło: Własne (2×45.info), Przegląd Sportowy

Dawid Błanik. Do wielkiej piłki przez śląskie podwórko, Czechy i romskie osiedle
Oceń

Komentowanie wyłączone.

Do góry

Reklama