Home / Newsy / Pogoń po godzinach: „Wiodłem normalne życie. Stwierdziłem, że nie będę jeździł gdzieś po I ligach i od pierwszego do pierwszego martwił się czy dostanę pieniądze”
Pogoń po godzinach: „Wiodłem normalne życie. Stwierdziłem, że nie będę jeździł gdzieś po I ligach i od pierwszego do pierwszego martwił się czy dostanę pieniądze”

Pogoń po godzinach: „Wiodłem normalne życie. Stwierdziłem, że nie będę jeździł gdzieś po I ligach i od pierwszego do pierwszego martwił się czy dostanę pieniądze”

Gdy był młody wyjechał do Warszawy, mieszkał z reprezentantem Polski na Euro 2016, miał propozycję ze wschodu, ale pozostał w Szczecinie. O kim mowa? Adam Frączczak w ramach kolejnego odcinka cyklu „Pogoń po godzinach” opowiedział nam o wielu ciekawych momentach w jego życiu. Zróbcie kawę, usiądźcie wygodnie w fotelach i bierzcie się do lektury. Zapraszamy!

Na początek: udało się już na spokojnie wypocząć po ubiegłym sezonie?

– Mamy jeszcze tydzień [wywiad nagrywany przed rozpoczęciem przygotowań – przyp. red.]. Był prawie miesiąc wolnego. Myślę, że każdemu wystarczy.

Jak zaczęła się właściwie Twoja historia z piłką. Od kogo zaraziłeś się miłością do futbolu?

– Chyba z telewizji. Początek chyba jak u większości dzieciaków. Poszedłem na pierwszy trening w Kołobrzegu, miałem 7 lat. Akurat brat już grał w piłkę w Żakach Kołobrzeg. Mogłem wybrać Kotwicę albo Żaki, ale poszedłem za bratem i tak to wszystko się zaczęło.

Trudno było pogodzić szkołę z treningami?

– Muszę przyznać, że trudno. Co skutkuje tak naprawdę do dzisiaj, bo dopiero w sobotę zaliczyłem liceum i skończyłem szkołę. Matury jeszcze nie mam, będę ją zdawał za rok. Było trudno, ale wiadomo, zależy mocno od podejścia. Nie ukrywam, że nie za bardzo lubiłem chodzić do szkoły, tym bardziej jak były treningi. Często z niej uciekałem i szedłem potrenować. Żałuję, bo mogłem szybciej skończyć, a nie do tej pory się z tym trudzić.

Kogo w tej telewizji lubiłeś oglądać najbardziej. Miałeś jakiegoś swojego ulubionego zawodnika, czy drużynę?

– Nie ukrywam, że jestem kibicem Realu Madryt i zawsze na ten Real gdzieś spoglądałem. To były te czasy, kiedy grali Zidane, Figo, Roberto Carlos i ten prawdziwy Ronaldo.

To w takim razie fajnie czujesz się oglądając Zidane’a kontynuującego swoją karierę w roli trenera o triumfującego w Lidze Mistrzów.

– Jasne, ale powiem szczerze, że trochę rozdarty byłem, bo jednak Atletico dobrze grało i było mi ich szkoda. Nie mogą się przełamać, może następnym razem im się uda.

Wracając do Twojej kariery. Po Żakach przeniosłeś się do Warszawy i zderzyłeś się z trudnym piłkarskim światem w Legii. Uważasz, że to był dla Ciebie stracony czas?

– Na pewno nie był to stracony okres. Nie byłem w stanie się przebić, nie było szans. Raz, że nie byłem na to gotowy, dwa, że wyjechałem w młodym wieku i tak naprawdę nie wiedziałem czego się spodziewać. Szans jako takich ja nie widziałem. Pamiętam, że była taka sytuacja. Trenowałem przez pół roku z I zespołem i wtedy dyrektorem sportowym był Mirosław Trzeciak. To było za trenera Urbana i pamiętam, że Trzeciak nie przedłużył ze mną kontraktu, a później trener Magiera, który pracował z młodzieżą do mnie dzwonił i pytał dlaczego mnie nie ma na treningu. Odpowiedziałem, że dyrektor nie przedłużył ze mną kontraktu i tyle. Trener powiedział, że nic o tym nie wie i zostało to wykonane bez ich wiedzy, więc może jakaś tam malutka szansa na przebicie była.

W międzyczasie byłeś na wypożyczeniu w Dolcanie. Przeglądaliśmy kadrę drużyny z tego okresu i tak naprawdę większą karierę zrobiłeś tylko Ty i Artur Jędrzejczyk.

– Dokładnie. Wtedy jak my tam byliśmy, to było już sporo starszych zawodników, takich, którzy byli już bliżej końca niż początku kariery. Z nas młodych byłem ja, był Jędza, Rafał Grzelak, który gra w Koronie, a także Wojtek Trochim. Akurat tak się potoczyło, że tylko ja, Grzelu i Jędza gramy w Ekstraklasie.

Jak Ty w ogóle wspominasz „Jędzę”?. Ma za sobą wyjazd do Rosji, wrócił do Ekstraklasy. Teraz przecież jest to bardzo ważny zawodnik reprezentacji Polski.

– Był okres, że my razem mieszkaliśmy. Przez parę miesięcy wynajmowaliśmy mieszkanie. „Jędza” jest specyficznym gościem <śmiech>. Nawet ciężko go opisać, trzeba po prostu go poznać, żeby zobaczyć jakim on jest człowiekiem. Na pewno śmieszny gość. Fajnie nam się razem mieszkało. Razem dojeżdżaliśmy na treningi i cieszę się, że mu się udało, bo też nie miał łatwo. Pamiętam, że jak przychodziłem do Legii II, to on był próbowany w pierwszym zespole i też go tak rzucali po wypożyczeniach. Nigdy nie wiadomo było co z tego wszystkiego wyjdzie, ale fajnie, że jemu się udało i jedzie na Euro.

Po tej przygodzie w Warszawie postanowiłeś wrócić do Kołobrzegu. To była Twoja prywatna decyzja, czy ktoś przekonał Cię żeby wrócić do domu i się odbudować?

– Wróciłem do Kołobrzegu i tak naprawdę odchodząc z Legii poprosiłem dyrektora, czy może zadzwonić i zapytać, czy mogę przyjechać tutaj do Szczecina na testy, bo byłbym bliżej domu. Akurat było już trochę zbyt późno i kadra była zamknięta. Nie udało się, mogłem przyjechać i trenować w rezerwach, ale to mnie nie satysfakcjonowało i stwierdziłem, że wracam do domu i będę czekał. A nuż się uda się znaleźć jakiś klub. Nie miałem menadżera, nigdzie nie udało się załapać, więc zostałem w Kołobrzegu.

Strzelałeś w Kotwicy jak na zawołanie i to nie umknęło uwadze Pogoni.

– Postawiłem pewne sprawy jasno. Wtedy moja dziewczyna, a aktualnie żona była w ciąży i stwierdziłem, że nie będę jeździł gdzieś po I ligach i od pierwszego do pierwszego martwił się czy dostane pieniądze. Ona w Kołobrzegu, ja tam. Tak mi nie pasowało. Stwierdziłem, że zostaję w Kołobrzegu i będę grał w Kotwicy, a jednocześnie pójdę do pracy. Wiodłem normalne życie.

Przyszedłeś do Pogoni. Pamiętasz z jakim rywalem debiutowałeś?

– Pamiętam. Z ŁKS-em. Miałem sytuację nawet, ale Wyparło ją obronił <śmiech>.

Pogoń ogólnie mocno zabiegała, żeby Cię ściągnąć?

– Chyba nie <śmiech>. Przyjechałem na testy i nie wiem czy jakoś specjalnie zabiegali. Pokazałem się i tyle.

Trener Płatek w tym pierwszym sezonie mocno na Ciebie postawił, bo grałeś wówczas praktycznie od deski do deski.

– Sam byłem szczerze mówiąc zdziwiony, że tyle grałem. Oczywiście na początku odbyłem z trenerem rozmowę i powiedziałem, że nie przychodzę tutaj, aby siedzieć na ławce. Chcę grać i będę robił wszystko, by w danym meczu wystąpić. Udało się, choć oczywiście były mecze lepsze i gorsze. Było nieźle jak na przyjście do dużego klubu – bo Pogoń takim jest. Wtedy miała problem, bo po pierwszej rundzie była na miejscu spadkowym. Były tu jednak wpompowane spore pieniądze, sporo zawodników przyszło, więc nie byłem pewny, że będę grał.

Kolejne sezony i co az więcej znaczyłeś w drużynie. Snuły się gdzieś marzenia o Ekstraklasie? Stwierdziłeś, że jesteś w stanie o to powalczyć z tym zespołem?

– Na pewno tak. Taki był cel. Najpierw się utrzymać, a w następnym sezonie zrobić taką drużynę, aby awansować. Były problemy, ale ostatecznie się udało.

W tym pamiętnym sezonie, w którym zrobiliśmy awans, chyba trochę siwych włosów Wam przybyło. Początek świetny, a później gdzieś wszystko siadło.

– Dziwny to był sezon. Graliśmy dobrze, ale po zimie to był jeden wielki dramat. Wszyscy pamiętamy jak to wyglądało. Siwych włosów rzeczywiście przybyło, ale na szczęście koniec końców udało się. Jeszcze pamiętam jak mówiliśmy sobie w szatni, żeby awans sobie szybciej zapewnić, a nie drżeć do ostatniego meczu i dopiero na Arce grać o awans <śmiech>. Potoczyło się, jak się potoczyło i rzeczywiście trzeba było w Gdyni grać o awans. To dla mnie jeden z lepszych, jak nie najlepszy moment od kiedy  jestem w Pogoni.

To chyba dobrze, że Arka weszła teraz do Ekstraklasy, bo masz z nią prawdopodobnie same dobre wspomnienia.

– Jestem zadowolony, bo raz to, że bardzo fajne wspomnienie związane z awansem, a dwa… po prostu krótszy wyjazd <śmiech>.

Jak wspominasz tą całą otoczkę, która była w tym dniu awansu. Najpierw sam mecz, świętowanie w Gdyni, a później już feta w środku nocy na stadionie im. Floriana Krygiera wraz z kibicami. Byliście w ogóle zaskoczeni, że tylu ich się tam zjawiło?

– Oczywiście, że byliśmy zaskoczeni. Rzeczywiście dużo ludzi przyszło. Fajnie, naprawdę super przeżycie. Taki moment, wiecie, którego się nie zapomina. Najpierw na trybunach, później w szatni. Żebyście Wy widzieli jak szatnia później wyglądała <śmiech>. Wszystko pływało, szampany na suficie, było super.

Pierwszy mecz w Ekstraklasie i 4:0 z Zagłębiem. Siedzieliście i zastanawialiście się co się stało, że beniaminek tak rozgromił rywala?

– Rzeczywiście było takie uczucie, że ta Ekstraklasa nie jest taka straszna. Pierwszy mecz nam wyszedł, a później było już coraz ciężej i trzeba było się przestawić na Ekstraklasę, bo to jednak jest inny poziom niż I liga. A, właśnie. Chciałbym jeszcze wspomnieć, że debiutowałem w Ekstraklasie na lewej obronie <śmiech>.

Było lepiej i gorzej. Było zwycięstwa i porażki, ale o byt w Ekstraklasie ostatecznie trzeba było walczyć do samego końca. Przypomina mi się tamten sezon i spotkanie z GKS-em Bełchatów…

– O Jezu…

… przegraliśmy u siebie 1:0 i reakcja trybun była wyraźna. Jedną nogą wszyscy widzieli nas w I lidze.

– Rzeczywiście ten mecz nie był najlepszy w naszym wykonaniu. Oni jeszcze mieli więcej sytuacji, z tego co pamiętam. Jaka miała być reakcja? I nasza, i kibiców była adekwatna do sytuacji. My też czuliśmy, że jest bardzo słabo i wcale nas to nie dziwiło, że trybuny tak reagują. Najważniejsze, że udało się podnieść. Jesteśmy nadal Ekstraklasie i mam nadzieję, że przez wiele sezonów spadek nie będzie nam zagrażał, a będziemy walczyć o wyższe cele.

Chyba cieszyliście się bardzo z tego utrzymania. Niektórzy pół żartem, pół serio mówią, że radość z utrzymania jest większa niż w przypadku zdobycia Mistrzostwa.

– Nie. Szczerze nie. Pamiętam, że utrzymaliśmy się na Podbeskidziu, bo Maksiu strzelił takiego gola z dystansu. My tam się w miarę cieszyliśmy, to znaczy, taka bardziej stonowana radość. Usiedliśmy i kamień z serca spadł. Cieszyliśmy się z utrzymania, ale pamiętam, że trener Wdowczyk nie był zadowolony, bo przegraliśmy. Trener był jednak taki, że chciał nas uczyć tego, że zawsze trzeba wygrywać.

Sam wspomniałeś przed chwilą, że w Ekstraklasie debiutowałeś na lewej obronie. A tak bez owijania w bawełnę, gdzie czujesz się najlepiej?

– <śmiech> Najlepiej? Kurczę, nie wiem.

Na ataku?

– Coś w tym jest. Atak jest fajny, bo nie ma takiego ciśnienia. Jak się gra w obronie, to jest to taka pozycja, gdzie gra się ciężej. Wiecie, mogę grać dobry mecz, popełnię jeden błąd, pójdzie bramka i wszystko na moje konto. A w ataku są inne obowiązki, ale albo jesteś bohaterem albo po prostu jesteś. Rzadko jest tak, że cała wina spada na napastnika.

Wspominałeś o rodzinie, o synu i żonie. Oni są praktycznie na każdym meczu w Szczecinie. Czujesz od nich mocne wsparcie, taki bodziec do pracy?

– Są na każdym meczu. Jasne, że mnie wspierają. Mały też chodzi na Pogoń. Jego wsparcie polega na tym, że wchodząc na boisko po meczu z Legią mówi mi, że jesteśmy mega słabi, bo znowu zremisowaliśmy <śmiech>.

W ostatnim meczu na murawę wyprowadzały Was wasze dzieci, tak? To jakoś wyszło od drużyny, czy klub tak zarządził?

– Szczerze mówiąc, dzieciaki zawsze chodzą na te mecze, a nigdy nas nie wyprowadzali. Pani Iza z marketingu zaproponowała taką akcję i fajnie, bo im też się podobało.

Jesteś w klubie od Wielu lat, masz olbrzymi szacunek u kibiców, ostatnio byłeś też twarzą kolaboracji Pogoni ze Stoprocent. Czujesz, że Szczecin zżył się z Tobą, a Ty ze Szczecinem?

– Ja się na pewno czuję przywiązany do Szczecina i to z wielu powodów. Raz, że mój wujek też grał w Pogoni i nawet jak byłem w Kołobrzegu to ta Pogoń gdzieś tam się przewijała, bo mój brat też jeździł na mecze i Pogoń zawsze w moim domu była obecna. Ja się przywiązałem, a czy kibice przywiązali się do mnie? Nie wiem. Chciałbym, żeby kiedyś było tak, że będę kojarzony z tym klubem.

Czy możemy powiedzieć, że Adam Frączczak jest znakiem rozpoznawczym tej odrodzonej Pogoni?

– Nie wiem, Wy mi powiedzcie jak jest <śmiech>.

Dochodzą głosy, że jak najbardziej.

– Głosy są podzielone. Jak to z kibicami. Jedni mnie lubią, drudzy w miarę szanują, a trzeci nie. Dla jednych może jestem takim znakiem, a dla innych nie.

Masz gdzieś takie marzenie w głowie, by zostać kiedyś kapitanem Dumy Pomorza?

– Chciałbym, wiadomo, że tak. Myślę, że jak jeszcze tu będę, a Rafał odejdzie, czy skończy karierę, to myślę, że tę opaskę przejmę. Ale to jeszcze daleka droga. Nie mam jakiegoś parcia na to, żeby być kapitanem. Myślę, że Rafał jest idealnym kapitanem i idealną osobą na to stanowisko i niech będzie nim jak najdłużej.

Jak teraz już z perspektywy czasu możesz ocenić ten miniony sezon? Niby wynik dobry, ale niedosyt pozostaje.

– Trzeba przyznać, że duży niedosyt. Tak naprawdę to pewnego moment był to mega dobry sezon, ale wystarczył jeden mecz i cały obraz jest już zamazany. Patrzy się na wszystko przez to szóste miejsce. A przecież cały sezon byliśmy w czubie tabeli. Niestety w końcówce czegoś zabrakło. I tak prawdę mówiąc nie możemy być zadowoleni. Zajęliśmy 6 miejsce, ale każdy chciał więcej, i my, i Wy, kibice, włodarze. Chociaż żeby wejść do tych pucharów, a tak naprawdę jednym meczem wszystko zaprzepaściliśmy.

Nie przedłużenie kontraktu z trenerem Michniewiczem, to jest dla Was jakiś szok, czy jesteście neutralni i czekacie na to co przyniesie nowy trener?

– To raczej nie był duży szok. Wszyscy wiedzieli, że trener ma kontrakt na rok i słychać było gdzieś tam, że nikt z nim nie rozmawia, także każdy był na to przygotowany. Aczkolwiek szok był pod tym względem, że trener zrobił naprawdę dobrą robotę i bardzo dobry wynik. Patrząc na to, decyzję o jego zwolnieniu można różnie interpretować. To jest jednak wybór zarządu. Przyjdzie nowy trener i najważniejsze żebyśmy grali jeszcze lepiej, a kibice w jeszcze większej liczbie zjawiali się na stadionie. Jeśli tak będzie to super, ale jak będzie? To czas pokaże. Na pewno trener Michniewicz zrobił dobrą robotę i za to mu trzeba podziękować.

Trener w jednym z wywiadów dla nas powiedział, że poprzez odejście niektórych zawodników Ty zyskałeś w hierarchii drużyny. Czujesz, że koledzy muszą liczyć się z tym co masz do powiedzenia? Czujesz, że znaczysz więcej niż jak był Marcin Robak, czy Radek Janukiewicz w drużynie?

– Czy ja wiem, czy więcej? Akurat jestem takim typem człowieka, który nie mówi za wiele. Wiadomo są momenty w szatni kiedy trzeba coś powiedzieć. Ale czy zyskałem w hierarchii? Myślę, że nie. Jest kapitan, jest Rafał, mamy dużo młodych zawodników, także może w ich hierarchii jestem wysoko, ale ja takiej swojej nie mam i każdy może powiedzieć kiedy chce i co chce w szatni. Nie ma jakiegoś podziału, że są młodzi, czy starsi. Może to jest ważne dla tych młodszych zawodników, żeby jakiś szacunek mieli. A my? Nikt nie zwraca na to uwagi. Mamy fajną drużynę, wszyscy czują się dobrze i nie psujemy tego jakimiś hierarchiami.

Kazimierz Moskal jest Twoim dziewiątym trenerem od kiedy grasz w Pogoni. Jak to wpływa na Ciebie i co to zmienia?

– Dla mnie zmiana polega na tym, że nie wiem gdzie będę grał, czy będę grał i na jakiej pozycji. Każdy trener wnosi coś nowego i czegoś nowego nas uczy. To jest to, że jak przychodzi nowy trener, to każdy ma czystą kartę i wszystko od zera.

Pozytyw przy przyjściu trenera Moskala jest taki, że on lubi ofensywną grę i boczni obrońcy grają bardzo wysoko.

– <śmiech> Jak będę grał na obronie, to rzeczywiście optymistyczna wizja. Nie wiem. Zobaczymy. Wszystko okaże się jak trener przyjdzie i przedstawi nam swoją wizję na ten zespół. Wtedy będziemy patrzeć. Ale jak mówię, od każdego trenera można nauczyć się czegoś nowego. Ja oczywiście żałuję, że tylu tych trenerów było. Tak naprawdę najdłużej pracowaliśmy chyba z trenerem Wdowczykiem. Tyle zmian jest spowodowane tym, że my popełnialiśmy błędy, bo to my na to boisko wychodzimy i za nas zwalniają trenerów.

A jak skomentujesz takie pogłoski, że szatnia gdzieś grała przeciwko trenerowi Kocianowi?

– Nie no to jest absurd totalny. Często mówię – grać przeciwko trenerowi, to grać przeciwko sobie. To my wychodzimy na boisko i jak ktoś mówi, że gramy przeciwko trenerowi, to nie wiem jak byśmy mieli grać, żeby trenera zwalniać. Samobóje sobie mamy strzelać?

Jakby opisać Adama Frączczaka jednym słowem, to byłoby „waleczność”?

– Może być. Ja bym to ujął bardziej jako charakter.

Jesteś takim zawodnikiem, który przez cały mecz tak naprawdę biega od linii do linii. Chyba Twoje cechy motoryczne Ci na to pozwalają.

– Na pewno tak, ale to jest ciężka praca na treningach. To na treningach trzeba pracować, żeby później w meczach mieć siłę. Nie zawsze tak jest, że przez cały mecz się biega od kreski do kreski, czasem ten prąd odcina, ale staram się. Jak mogę pobiec i ściągnąć na siebie zawodnika, żeby ktoś inny mógł wejść jeden na jeden, to pobiegnę. To też jest poświęcenie. Trzeba to robić dla drużyny. To jest normalne w dzisiejszej piłce.

Były jakieś poważniejsze oferty podczas pobytu w Pogoni? Jak podpisywałeś nowy kontrakt w 2014 roku, to wspominałeś, że były propozycje z zagranicy.

– Była oferta na stole. Z FK Ufa w Rosji, co Aka tam grał. Powiem szczerze, że zastanawiałem się dosyć dużo, ale rozmawiałem z menadżerem i powiedziałem, że jeżeli jest opcja przedłużenia kontraktu w Pogoni, to ja zostaję.

Informacje o tych kompromisach w sprawie budowy stadionu, to dla Ciebie fajna informacja?

– Mega powód do radości. Nie wiem kiedy zaczną budować, ale w końcu. Petarda. Nie pamiętam w którym to było roku, ale przecież tu reprezentacja grała i nagle wszystko tak poszło do przodu, a my nadal w tym samym miejscu. Tak naprawdę z jednego z najlepszych obiektów mamy teraz jeden z gorszych w Ekstraklasie. Cieszę się, że się dogadali. W końcu można będzie przyjść, usiąść sobie i nie będzie padało na głowę.

Fajnie też, że podczas budowy będziecie mogli na nim normalnie grać.

– Wiele tak stadionów budują, nie? Górnika, czy Legii jak budowali, to też tak było. Najlepsze rozwiązanie jak dla mnie.

Chłopaki z CLJ w drodze po Mistrzostwo Polski [wywiad nagrywany przed finałowym dwumeczem – przyp. red.]. Cieszy Cię, że w klubie jest tak zdolna młodzież?

– Jasne, że tak. Niejednokrotnie Ci chłopacy przychodzą przecież do nas na treningi. Pokazują, że potrafią grać w piłkę i trzeba się z tego cieszyć i to pielęgnować. Samo to, że już grają w finale da im takiego kopa, że zaczną pukać do drzwi I zespołu. Tym bardziej, że u nas daje się szansę młodym.

Plan na przyszły sezon jest jasny – zająć jeszcze wyższe miejsce niż w tym sezonie.

– Oczywiście. Jak już awansowaliśmy do tej 8, w końcu wygraliśmy mecz w grupie mistrzowskiej, to teraz trzeba walczyć o jak najlepszy rezultat. Startujemy od 0, sezon będzie długi i gramy, żeby być jak najwyżej.

Rozmawiali Bartosz Witkowski oraz Dawid Zieliński.

 

 

Skomentuj

Twój adres email nie będzie opublikowany. Required fields are marked *

*

Do góry

Reklama