Home / Newsy / Pogoń po godzinach: „Szczecin jest takim miastem, które tęskni za czymś wielkim, za czymś, czego jeszcze nie przeżyło”
Pogoń po godzinach:  „Szczecin jest takim miastem, które tęskni za czymś wielkim, za czymś, czego jeszcze nie przeżyło”

Pogoń po godzinach: „Szczecin jest takim miastem, które tęskni za czymś wielkim, za czymś, czego jeszcze nie przeżyło”

Po dłuższej przerwie wracamy z naszym cyklem „Pogoń po godzinach”. Wracamy z mocnym uderzeniem i bardzo, bardzo długim wywiadem. Kolejnym bohaterem naszego cyklu jest trener Czesław Michniewicz, który poświęcił nam sporo czasu, szeroko i ciekawie opowiadając o kulisach swojej pracy, o Pogoni Szczecin i wielu innych istotnych tematach. Zapraszamy!

Trener od zawsze chciał zostać strażakiem?

– Kiedyś Orest Lenczyk mówił, że on nie przychodzi do klubów, gdzie płonie stodoła, tylko gdy już cała chata płonie. Ja najczęściej spotykam się z tą samą sytuacją, kiedy zaczynam pracę w nowym klubie. W większości przypadków przejmowałem drużynę, gdy zespół był zagrożony spadkiem. Tak było w Poznaniu, tak było w Łodzi czy Bielsku, tak było również i tutaj. Nigdy nie obejmowałem zespołu, w którym była idealna sytuacja. Czyli przychodzę i mam czas, żeby przygotować drużynę po swojemu.

Pan na początku swojej pracy w Szczecinie także wcielił się w rolę strażaka, który ugasił pożar w Pogoni i awansował do grupy mistrzowskiej. Po sezonie przybrał Pan już raczej rolę perfekcyjnego pana domu, ponieważ trzeba było dość drastycznie uporządkować kadrę drużyny. Teraz możemy z kolei chyba nazwać Pana dyrygentem, który na zakończenie sezonu może dać koncert, jakiego jeszcze Szczecin nie słuchał w swojej historii. Pogoń pisze nową historię?

– Przyszedłem w takim momencie, gdzie było naprawdę trudno. To nie jest żadna tajemnica, że mój kontrakt był tak skonstruowany, że gdybyśmy spadli z Ekstraklasy, to straciłbym pracę, ponieważ klubu nie byłoby stać na opłacenie mojego kontraktu. Podjąłem to ryzyko, bo wiedziałem, że nie spadniemy z ligi. Po zajęciu miejsca w czołowej „ósemce” usiedliśmy do rozmów z zarządem, gdzie podstawowym pytaniem było: Gdzie byśmy chcieli być za rok? Pytam, czy chcemy za rok być w tym samym miejscu, w którym teraz jesteśmy, czy też może chcemy pójść do przodu. Zaczęliśmy analizować każdego zawodnika, który jest tutaj. Co zrobił dla klubu, co jeszcze może dla niego zrobić i czy ma jeszcze szansę się rozwinąć. Powstała taka chłodna analiza. Wiedzieliśmy, że coś musimy zmienić, ponieważ z tym samym składem, będziemy nadal w tym samym miejscu. Żeby zbudować coś, co będzie rosło w siłę, to czasem trzeba podjąć trudne decyzje. Wiedzieliśmy, że będą one na początku nieakceptowalne przez większą część kibiców, ponieważ był to całkowity przewrót. Zadałem zarządowi pytanie: Czy gdyby ten, ten i ten zawodnik nie miał kontraktu, to chcielibyście z nim przedłużyć kontrakt? Czy chcielibyście, aby został w klubie? Odpowiedzi były różne. Wspólnie podjęliśmy jednak te trudne decyzje i przekazaliśmy ją opinii publicznej. Na początku był szok wśród wszystkich, bo chodziło między innymi o Radka Janukiewicza i Maksa Rogalskiego, czyli o zawodników którzy grali tutaj bardzo długo. Była to ryzykowna decyzja, ponieważ było bardzo mało czasu, żeby znaleźć ich następców i spiąć kadrę na następny sezon. Z drugiej strony cała ta sprawa wywróciła hierarchię w szatni. Wcześniej była jasno ustalona. Był Marcin Robak, który wiadomo odszedł, był Radek Janukiewicz, Maks Rogalski, Rafał Murawski. Przez to jednak, że odeszli ci kluczowi zawodnicy, cała szatnia się przewartościowała. „Muraś” dalej został na szczycie, jest Adaś Frączczak, ale na przykład „Zwolak” znacznie awansował w tej hierarchii. Inni zawodnicy również. Oni poczuli się ważni w szatni i to też było widać na treningach, że zupełnie inaczej się odnajdują w klubie. Podkreślam jednak, że absolutnie nie twierdzę, że zawodnicy którzy odeszli zrobili coś złego. Oni pomogli mi na początku mojej drogi w Szczecinie, bo dzięki nim awansowaliśmy do „ósemki” i za to im podziękowałem, ale reguły są jasne. Jeżeli chcesz coś zrobić po swojemu, to musisz podejmować decyzje. W ostatnim spotkaniu z Koroną do kadry meczowej nie załapał się chociażby Michał Walski. Jest mi go bardzo szkoda, bo chłopak pracował ciężko, ale mogę wziąć tylko 18 zawodników. Każdy chce grać, to jest oczywiście fajne, ale ja mam jasne reguły. Jestem fair i zawsze mówię prawdę. To samo powiedziałem zarządowi. Jeżeli chcemy, aby dany zawodnik, np. Listkowski się rozwijał, to nie możemy mu blokować drogi. Kiedyś w Juventusie był Del Piero i Baggio. Roberto Baggio był już piłkarzem ukształtowanym u schyłku kariery, ale był również Alessandro Del Piero – bardzo utalentowany, wszyscy o tym wiedzieli. I co zrobili? Sprzedali Baggio po to, żeby grał Del Piero. I grał dla nich przez następne 10 lat. My też musimy taką drogę obrać, nie możemy utrudniać drogi młodym zawodnikom. Robiąc transfery, najpierw patrzymy, czy nie mamy takiego zawodnika już u siebie w klubie, czy może jest gdzieś taki drugi „Listek”. Od tego zaczynamy naszą robotę. Nie chcemy robić transferów na ilość, tylko jakość, i to konkretną. Uważam, że na razie się to wszystko sprawdza. Oczywiście dopiero w maju podsumujemy nasze działania, ale każdy kolejny miesiąc, kolejny tydzień naszej wspólnej pracy – a mówię tu o całym klubie – pokazuje, że to nie jest takie szarpanie się z tematu na temat. Myślę, że świadczy o tym sam dobór zawodników, którzy do nas trafiają. Wystarczy tu podać przykłady Adama Gyurcso i Jarosława Fojuta. To są zawodnicy, którzy mają już doświadczenie, a gdzieś tam nawet ocierają się o grę w reprezentacji. Dodatkowo wciąż mogą się rozwinąć. Takich zawodników szukamy przede wszystkim, ale nie twierdzę, że kiedyś nie weźmiemy też kogoś starszego. Pamiętajmy, że nie możemy zachwiać hierarchii w szatni pomiędzy zawodnikami młodymi, a doświadczonymi.

Na początku Pana pracy kibice mieli bardzo pesymistyczne podejście do planu trenera Czesława Michniewicz. Powoli możemy zauważyć jednak, że zmienia się to o 180 stopni. Za przykład weźmy niedawną prezentacje drużyny. Kiedy wyczytano nazwisko trenera, to oklaski były chyba najgłośniejsze. Powoli buduje się zaufanie u kibiców do pana osoby.

– Bardzo miłe jest to, co wydarzyło się w Azoty Arenie, ale ja, jak pewnie zauważyliście nie chodzę po każdym meczu pod młyn do kibiców osobiście im podziękować. Nie zabiegam w taki najłatwiejszy sposób o ich względy. Wiem, że jak będę wygrywał, to będą mnie szanować, dlatego wolę więcej czasu poświęcić na trening od rana do wieczora. To jest miejsce dla zawodników, jeżeli chcą podejść, to podchodzą. Trenerzy moim zdaniem nie mają prawa tam podchodzić. Kibice dziękują piłkarzom, a my trenerzy mamy po prostu swoją robotę do wykonania. A jeżeli chodzi o zdanie fanów, to ja oczywiście wiem o tym, że były inne opcje niż Czesław Michniewicz. Pamiętam nawet tę akcję „Szczecin prosi, Darku wróć”. Wiem jednak, że jestem trenerem i znam się na swojej robocie, bywałem w różnych szatniach. Wiedziałem, że jak przyjdę i zrobię po swojemu różne rzeczy, to efekt finalny będzie dobry. On nie przyjdzie od razu, na to potrzeba czasu, ale prędzej czy później będzie widoczny. Wiadomo, ja też nie wszystkich lubię i kocham w swoim życiu, tak samo mnie wszyscy nie muszą kochać, ale przede wszystkim niech kochają Pogoń. Bo to nie jest moja Pogoń, to jest Wasza Pogoń, bo Wy tutaj będziecie zawsze i „nie przerzucicie” się na inny zespół. Zawsze tłumaczę kibicom, że jestem tylko pracownikiem najemnym. Jestem jak zespół na weselu, gram tam, gdzie ludzie mnie chcą i staram się grać dobrze, żeby kolejni mnie chcieli. Jak pracuję w Pogoni, to pracuję w Pogoni. Jestem w klubie od rana do wieczora i jestem w tym totalnie zanurzony. Powiedziałem chłopakom jak tu przychodziłem, że u mnie nie ma limitów. Nie ma limitów ile potrwa trening, nie ma limitu ile musisz być w klubie, to samo tyczy się reszty pracowników. Trener Nawałka do mnie dzwonił i mówi, że on pracuje 24 godziny na dobę. A następne 24 godziny jest w ciągłej gotowości, również taki model pracy mają jego współpracownicy. Nie każdy to tempo wytrzymuje. Często jest tak, że zawodnicy z drużyny, którą ja prowadzę odchodzą, ponieważ nie wytrzymują tego tempa. Moją rolą jest więc ich cały czas stymulować. Wracając do kwestii kibiców, to najważniejsze jest jeszcze przed nami. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z naszymi planami, marzeniami i będą nas omijać nieszczęścia, to naprawdę ten sezon może być przełomowy. To pokaże, że w Pogoni zaczęło budowanie się czegoś z głową, z planami na lepsze jutro. To nie jest moja zasługa, to jest zasługa prezesa Mroczka, to jest zasługa Macieja Stolarczyka i Darka Adamczuka. Dzisiaj gdyby tak ogólnie popatrzeć na dyrektorów sportowych w Polsce, to „Stolar” jest w ścisłej czołówce jeśli chodzi o skuteczność działania. Bez rozgłosu, bez żadnych sztuczek, po prostu pracuje po cichu, robi swoje i naprawdę świetnie mu to wychodzi.

Kiedy obejmował Pan stanowisko trenera Pogoni, to co zwróciło szczególną uwagę? Patrząc na CV to trochę Pan pozwiedzał, czym Szczecin różnił się od innych miejsc, w których Pan pracował?

– Przede wszystkim uwielbiam taką sytuacje, gdzie wszyscy pracownicy klubu znajdują się w jednym budynku. Bardzo cenię sobie takie klimaty rodzinne, że wszyscy się spotykają, wszyscy jesteśmy razem. W końcu pracujemy przecież w jednym klubie. W innych każdy tylko się mijał. Piękne jest również to, że ci mali chłopcy z akademii spotykają się z zawodnikami pierwszej drużyny. Podglądają nasze treningi, my się z nimi witamy, oni witają się z nami. Ja znam tych wszystkich chłopców, jak nie z widzenia, to nawet po imieniu. Jestem praktycznie na ich każdym meczu w weekend. Jeżeli nie mogę być, to wtedy wysyłany jest na ten mecz ktoś z mojego sztabu. Nikt tu nie jest obojętny na ich losy i to jest bardzo ważne, ponieważ młodzi zawodnicy muszą czuć, że ktoś się nimi faktycznie interesuje. Podoba mi się również to, że mamy gdzie trenować. Teraz co prawda mamy akurat trudny okres, bo widzimy jak wyglądają boiska, ale za chwilę znowu będą w eleganckim stanie. Jedyne co mi się nie podoba, to oczywiście stadion, ale na to nie mam wpływu. Generalnie Szczecin jest takim miastem, które tęskni za czymś wielkim, za czymś, czego jeszcze nie przeżyło, ale też musi stworzyć warunki ku temu. Brakuje mi tutaj takiej realnej oceny wszystkiego co dzieje się wokół. Prosty przykład: gramy z Legią i wiadomo, że chcemy wygrać, ale gdybyśmy musieli postawić na szali zwykłe fakty w czym jesteśmy od nich lepsi, to co to będzie? Na pewno mamy ambicję sportową, ale wszystko inne przemawia za klubem ze stolicy. To oczywiście nie znaczy, że zawsze będziemy z nimi przegrywać, ale musimy dążyć do tego, żeby ta przepaść między nami nie była aż tak duża. Infrastruktura, budżet, wiadomo to jest po ich stronie, bo jako drużyna z Warszawy mają więcej możliwości. My musimy stworzyć taki model, gdzie budżet nie będzie więc grał głównej roli. Musimy wychować, przygotować i wyszukać takich zawodników, którzy będą się rozwijać i wtedy faktycznie możemy rywalizować z Legią czy Lechem. Ja widzę taką szansę, bo to samo zrobiliśmy w Lubinie. Tam też poszukaliśmy takich zawodników, jak Piszczek, Bartczak czy Pietroń. To byli piłkarze na dorobku, i tutaj widzę możliwości, że także możemy iść tą drogą. Nasz Prezes lubi żeglować, sam zresztą dostałem od niego zaproszenie na łódkę. Zmierzam jednak do tego, że w klubie też obraliśmy konkretny kierunek, ale czasami trzeba też dokonywać korekt na bieżąco. Zboczyć z kursu i dopłynąć do celu inną rzeczką. Prezes jest taką osobą, która nie zrezygnuje z obranego celu, wie gdzie chce być i ma wielką determinację w dążeniu do obranego cel. Jego walka o stadion doskonale to pokazuje. Chce nam przychylić trochę nieba – walczy o autokar, próbuje załatwiać samoloty. Oczywiście wszystko w ramach budżetu. Moim zdaniem wszystko zmierza w bardzo dobrą stronę.

Są jakieś analogie pomiędzy mistrzowskim Zagłębiem Lubin z sezonu 2006/2007, a obecną Pogonią?

– Jest dużo analogii, mógłbym wymieniać godzinami. Zacząłbym od stadionu, tam też podobny „kolos” był. W Lubinie również był prezes, który chciał zrobić coś konkretnego. Była fajna ekipa w szatni. Tak jak tutaj – mieszanka doświadczenia z młodością. Wtedy zimą zrobiliśmy 3 transfery, podobnie zresztą jak teraz. Widzę sporo podobieństw, ale przede wszystkim musimy się do sukcesu przygotować. Ja wiem, że wszyscy chcą Mistrza, ja też, ale my musimy realnie oceniać nasz potencjał i regularnie go wzmacniać. Pamiętam jak zdobywaliśmy w Lubinie mistrzostwo, to tak naprawdę nikt nie był na nie przygotowany. Ani stadion, ani zaplecze, kompletnie nic nie było gotowe na walkę o Ligę Mistrzów. Przyjechała jednak Steaua Bukareszt i graliśmy jak równy z równym. Przegraliśmy, choć o mały włos byśmy zagrali w kolejnej rundzie z Bate Borysov o Ligę Mistrzów. Na kompletnie nieprzygotowanym i nieprzystosowanym obiekcie do takich rozgrywek. W Szczecinie musi być większe ciśnienie jeżeli chodzi o przygotowanie bazy. Spójrzmy obecnie na nasz stadion. Siłowni nie mamy, więc musimy improwizować. Prezes co prawda postawi balon, w którym będziemy mogli zaimprowizować siłownię, ale to wszystko jest tylko doraźnie prawda? Wszystkie topowe kluby w Polsce mają zaplecze na stadionie, a Pogoń jako klub sama tego nie zbuduje. Pomóc muszą ludzie z miasta.

Po takich meczach jak ten ostatni z Koroną Kielce, trzeba się zresetować i wyczyścić umysł. Jakie są więc ulubione miejsca Czesława Michniewicza w Szczecinie?

– Przede wszystkim Wały Chrobrego. Poza tym lubię wyjść na miasto, żeby zjeść coś dobrego. W ostatnim czasie przywiozłem do Szczecina rower. Kiedyś dużo jeździłem, teraz nie było na to czasu. Po takich spotkaniach faktycznie lubię odreagować. W Bielsku-Białej wraz z Marcinem Węglewskim chodziliśmy po górach, tak żeby się zmęczyć, spocić, aby ta głowa właśnie się oczyściła. Tutaj chcę poznać z kolei trasy rowerowe. Jak jedziemy gdzieś w stronę granicy, to widzę, że jest sporo ładnych ścieżek dla rowerzystów. Nie wiem jak tam się w dostać, ale mam nadzieję, że doktor Mariusz Pietrzak, który też jeździ na rowerze mi pomoże. To w ogóle jest człowiek orkiestra, bo do tego wszystkiego śpiewa też w chórze. Chcę się z nim umówić na przejażdżkę, aby pokazał mi te miejsca. Lubię się zmęczyć, ale przede wszystkim lubię po meczu pójść do kina. Głowa podczas seansu jest całkowicie wyłączona z piłki, ponieważ musisz się skupić na filmie. Do tego czasem dochodzą też napisy. Przez dwie godziny zapominasz o futbolu.

Wojciech Łobodziński kiedyś powiedział, że trener Michniewicz to mistrz budowania świetnej atmosfery w zespole. Czy Ekstraklasa jest taką ligą, w której wiele można ugrać dobrą atmosferą i charakterem w zespole?

– Cieszą mnie takie słowa Wojtka, ponieważ z nim pracowałem. Później gdy już odszedłem, to słyszałem, że miał trochę inne zdanie na ten temat, ale jak widać, po czasie wrócił do tego dobrego zdania o mojej osobie. Ja uważam, że w zespole jest podobnie, jak w szkole. Czyli zawsze są dwie opinie, jedna w czasie trwania nauki i druga po jej zakończeniu. Ta w czasie trwania mnie kompletnie nie interesuję. Nie obchodzi mnie to, czy piłkarz będzie mnie lubił, czy też nie. Dzisiaj powiedziałem zawodnikom, że jak się wdrapujesz na szczyt i jesteś już na takim poziomie, że na dół już za daleko, a do góry bardzo blisko, to i tak na sam szczyt czeka nas jeszcze bardzo ciężka droga. Musimy wszyscy bardzo mocno trzymać się skał, żeby nie zlecieć w dół, ale odwrotu nie ma. Powiedziałem chłopakom, że teraz trzeba od siebie dać jeszcze więcej, ponieważ te ostatnie kroki są zawsze najtrudniejsze. Ja jako trener jestem odpowiedzialny za to, żeby ich bezpiecznie na ten szczyt wprowadzić, ale oni muszą dołożyć dużo energii od siebie. Mówiąc już konkretniej – powiedziałem, że będę bezwzględny w takich sytuacjach, w których wiem, że stać nas na więcej. W przerwie w meczu z Koroną powiedziałem w szatni, że nie po to tak ciężko pracowaliśmy, żeby teraz na stojąco oddać taki mecz. Oni to zrozumieli i to było widać. Rzadko zdarza się, że w przerwie spotkania ja coś mówię, a oni biją brawo. Uwierzyli w siebie i spadło z nich ciśnienie. Dużo rzeczy miało na to wpływ, ponieważ sporo wydarzyło się przed samym spotkaniem. Mówię tu o prezentacji drużyny w Azoty Arenie. To wszystko było świetne, ale postawcie się na miejscu piłkarza. Jesteś skoncentrowany cały tydzień na meczu, przychodzi dzień prezentacji i ta koncentracja spada. To nie było nic złego, wręcz przeciwnie, to było coś fantastycznego, tylko że nie dzień przed meczem. Niestety nie było innego terminu i domyślałem się, że tak właśnie może się stać. Było widać, że w pierwszych minutach zabrakło nam koncentracji. Do tego doszło mówienie w mediach, że jesteśmy już tacy mocni, a Korona taka słaba. Ale jak popatrzeć na naszego ostatniego rywala, to drużyna Marcina Brosza nie przegrała z nikim z tej pierwszej trójki. Wygrała z Piastem, wygrała z Legią, zremisowała z Cracovią. Wiedziałem, że to będzie bardzo trudny mecz. Wracając do atmosfery, to jest ona ważna, ale ważniejsze dla mnie są zdrowe relacje, żeby zawodnik czuł, że trener go nie oszukuje. Jak zdarzy się coś złego, to im to mówię wprost. Jak jest dobrze, wtedy chwalę. Nie można przeginać w żadną z tych stron. Powiem więcej, jestem przeciwko karaniu zawodników, bo każda taka kara, to jest porażka trenera. Jeżeli ja muszę ukarać jakiegoś zawodnika, zdarzyło się to w mojej karierze bardzo rzadko to znaczy, że do niego nie trafiłem. Paweł Janas zawsze powtarzał: Zagrał słabo, na ławkę. W trzeciej kolejności na trybuny. Nigdy nie robię tak, że ktoś zagrał w podstawowym składzie, a za chwilę ląduje na trybunach. Jest ta trójstopniowa gradacja i piłkarze doskonale o tym wiedzą. Wszystko opiera się na zaufaniu i zdrowym rozsądku.

Zostając przy temacie zaufania i zdrowego rozsądku. Patrząc na Pana karierę w oczy rzuca się fakt, że prócz Lecha Poznań, z żadną inną drużyną nie pracował Pan dłużej niż rok. Przy zwalnianiu trenera zawsze się mówi, że koncepcja zarządu klubu różniła się od tej przedstawianej przez trenera. Jak jest naprawdę?

– W prawie każdym zespole w jakim pracowałem drużyna zrobiła na początku niesamowity progres. Drabina jednak gdzieś się kończy i przychodzi taki moment, że musisz drabinę przedłużyć i potrzeba dołożyć do tej drużyny kogoś więcej. Z Lubinem zdobyliśmy Mistrzostwo Polski. Odszedł Piszczek, czyli nasz kluczowy zawodnik, Chałbiński był kontuzjowany, Łobodziński wracał po ciężkiej kontuzji. Gramy o Ligę Mistrzów, nie mamy lepszych piłkarzy, niż ci, którzy byli już wcześniej, a dodatkowo nie wzmocniliśmy drużyny lepszym zawodnikiem. Przyszedł w ostatniej chwili Piotrek Włodarczyk bo nie było napastnika. Przychodzę do Widzewa, robimy czwarte miejsce od mojego przyjścia w rundzie jesiennej, ale w międzyczasie zimą odchodzi Robak. Tam też nikt lepszy nie przyszedł w jego miejsce. W Lechu zdobywałem Puchar Polski, odchodzi Świerczewski, odchodzi Bosacki, odchodzą co pół roku kolejni Goliński, Ślusarski, Madej i inni. Tu w Pogoni jeśli my zrobimy dobry wynik, a wierzę, że tak będzie, to latem też może ustawić się kolejka po naszych zawodników. Dużym problemem będzie zastąpienie tych zawodników od razu, dlatego już teraz myślimy o pewnych ruchach transferowych. Problem polega na tym, że zespół w którym pracuje robi szybko progres, szybko osiąga sufit, ale jak nie przebijesz sufitu, a do tego potrzebne są odpowiednie narzędzia, to spadniesz w dół i tutaj zawsze był problem. Ci prezesi, z którymi pracowałem to bardzo fajni ludzie, ale mówią sobie: o kurdę jak zrobiliśmy taki postęp, to za rok będziemy grali o Mistrzostwo Polski i Ligę Mistrzów. Wszędzie gdzie byłem właśnie tak to wyglądało. Zobaczcie na mój okres w Podbeskidziu. Utrzymaliśmy zespół po cudownej wiośnie i odchodzi najważniejszy zawodnik Demjan a drugi najlepszy Damian Chmiel tydzień przed ligą złamał nogę do tego długotrwała kontuzja filara obrony Koniecznego i po zespole. Nikt nie przychodzi w ich miejsce. W tych zespołach, w których ja pracowałem taki Demjan i Chmiel, to jest połowa drużyny. Potem nie udaje się takiego zawodnika szybko zastąpić i zespół zaczyna słabiej grać, a wszyscy myślą, że nagle zapomniałeś jak trenuje się drużynę i gdzieś zgubiłeś swój fach. W Pogoni widać, że wygląda to inaczej i daj Boże, będzie to mój trzeci klub w którym popracuję trochę dłużej.

W związku z tym, że posada trenera nie jest nigdy do końca pewna, często zmienia się otoczenie. Jak to wpływa na rodzinę?

– Fatalnie. Moja żona akurat nie interesuje się piłką, ona często nawet nie wie kto u mnie gra, zna kilka nazwisk tylko. Za to teściowa bardzo żyje piłką. Starszy syn Mateusz też jest wielkim pasjonatem futbolu i przeżywa wszystko bardzo mocno. Młodszy syn z kolei odcina się od piłkarskiego świata podobnie jak wspomniana żona i cieszy się tylko, jak po prostu widzi tatę. W Poznaniu byłem trzy lata, tam czułem od początku, że popracuję dłużej, więc cała rodzina była na miejscu, przy mnie. W Lubinie mieszkałem z kolei sam i przez cały okres pracy w Zagłębiu byłem trzy albo cztery razy w domu. W Łodzi było już trochę lepiej, bo było nieco bliżej do domu. Powiem tak, od momentu końca przygody w Poznaniu rodzina nie jeździ ze mną. Nie chcę, żeby chłopcy się stresowali. Praca trenera jest przewrotna, za chwilę możesz już nie być trenerem danej drużyny, znów się przeprowadzasz. Chłopcy musieliby zmieniać szkołę, a jest to dodatkowy, niepotrzebny stres. Uznaliśmy, że chłopcy zostają przy żonie. To nie jest łatwe życie, ostatnio w domu nie było mnie prawie miesiąc. Przyjeżdżam, a oni znów kilka centymetrów wyżsi. Gdzieś to ucieka i płacisz za to duży rachunek. Jestem z nimi w stałym kontakcie, ze starszym czternastoletnim synem codziennie rozmawiam o piłce. Nie ukrywam, że często podpowie mi coś mądrego jeśli chodzi o skład czy wyszuka w internecie ciekawy rzut wolny czy rożny. Przed meczem mamy taki rytuał, że zawsze do niego dzwonię. Jak przyjeżdżamy na stadion, piłkarze wychodzą na rozgrzewkę i w szatni jest pusto, to wtedy zawsze do niego dzwonię. Dostaję ostatnie wskazówki. Po meczu pierwszy telefon jaki wykonuje też jest właśnie do syna. Z dziećmi mam mnóstwo zabawnych sytuacji. Kiedyś chodziliśmy na przygotowania do komunii, a ja pracowałem wtedy w Arce. Ksiądz po kolei pyta dzieci kim jest twój tata, a mój syn podnosi rękę i mówi na cały kościół: „A mój tata jest trenerem Arki”. Był z tego bardzo dumny, a starszy syn pukał go łokciem i tłumaczył mu, że nie wolno takich rzeczy mówić, że po prostu nie wolno się chwalić. Moja żona nie pozwalała chłopcom ani w szkole, ani w przedszkolu się przechwalać. Ktoś pracuje w stoczni, ktoś inny jest taksówkarzem, a ty nie możesz mówić, że twojego tatę można zobaczyć w telewizji, bo innym będzie przykro i tak są nauczeni. Teraz mojego starszego syna który gra na bramce w Arce większość ludzi już rozpoznaje po nazwisku i pytają co u taty, każą pozdrowić czy pogratulować wygranej. To jest bardzo miłe i nieuniknione. To jest zawód, który sprawia olbrzymią satysfakcję. Ja mogę cały dzień siedzieć w klubie i nie patrzę przy tym na zegarek. Ten zawód pochłania w całości, lecz łapię się na tym – i to zawsze moi znajomi ze Stanów powtarzają – że musi być balans pomiędzy pracą, a wypoczynkiem. Powiedziałem więc swoim asystentom, że każdy w ciągu dnia ma dwie godziny dla siebie. Róbcie co chcecie, ale po tych dwóch godzinach musicie znów być gotowi dla mnie.

Mateuszowi w szkole nie dokuczają ze względu na to, że jest pan trenerem Pogoni? Wiemy jakie relacje mają kibice na linii Szczecin – Gdynia.

– Nie ma żadnych problemów. Mati był teraz z nami na obozie i kupiłem mu cały klubowy sprzęt do grania. Na lekcjach WF ćwiczy w koszulce Pogoni, ubiera się w bluzy, także żadnego problemu nie ma. Bardzo lubi Szczecin i bardzo podoba mu się Pogoń. Teraz po meczu z Piastem odwiedzi mnie w Szczecinie, bo ma obecnie ferie zimowe. Syn jest dumny, że jego ojciec jest trenerem, ale wiem, że równie mocno to wszystko przeżywa. Kiedyś byliśmy z Mateuszem w Anglii, dzwoni do mnie sekretarka z Jagiellonii, dwa dni przed wigilią, że mam się zgłosić do Białegostoku. Wiedziałem o co chodzi. Ja się wtedy kąpałem, a on odebrał telefon. Polecieliśmy na mecz Manchester City – Arsenal. Syn oznajmia mi tylko, że dzwoniła pani sekretarka z klubu. Oddzwaniam i już wiedziałem o co chodzi, w słuchawce słyszę, ze muszę jak najszybciej stawić się w Białymstoku. Dopytuję tylko co się stało i słyszę: „Nie chce mówić przez telefon, domyślasz się o co chodzi”. Pojechaliśmy na ten mecz, ale wiadomo była już całkowicie inna atmosfera. On wiedział, ze tata straci pracę i również mocno to przeżywał. Wróciliśmy do domu, wsiadłem w samochód, pojechałem do Białegostoku i zwolnili mnie. To było dzień przed wigilią. To nie jest miłe. Innym razem zostałem zwolniony w Wielki Piątek, przed samą Wielkanocą. Nigdy nie ma dobrego momentu na zwolnienie. A wtedy rodzina cierpi szczególnie. Na początku jest fajnie, bo tata w domu, ale później tatę już nosi, nie ma co ze sobą zrobić i zaczynają się takie trudne momentu. Każdy zawód ma swój urok.

Często w wywiadach podkreśla Pan, że obecna Pogoń Szczecin, to jeszcze nie w stu procentach Pogoń Czesława Michniewicza. Czego jeszcze brakuje tej drużynie?

– Przede wszystkim brakuje jeszcze większej powtarzalności, ale już coraz więcej podoba mi się w tej drużynie. Mamy takie fazy w trakcie meczu gdzie wykonujemy wszystko to, czego oczekuje, ale mamy też takie momenty, gdzie koncentracji brakuje i nie robimy tego, czego wymagam. Każdy trener chciałby coś ulepszać, ale w duże mierze to już jest zespół, który zaczyna grać tak, jakbym chciał. To nie jest jeszcze jednak faza końcowa naszego projektu. Pracowaliśmy w zimowym okresie przygotowawczym nad ustawieniem, ale też nad przyjęciem i wykonaniem jak najszybciej kolejnego podania. W sparingach na sztucznej nawierzchni to fajnie wyglądało, bo jest idealna murawa i piłka szybko chodzi. A w meczu z Koroną wystarczy podać przykład Aki z ostatniego meczu, gdzie przyjął, zabrali mu piłkę i poszła kontra, po której straciliśmy bramkę. Dalej będziemy nad tym pracować, bo chcemy szybko wykonywać kolejne kroki na boisku. Jeżeli szybko przyjmę, zagram do ciebie, ty szybko przyjmiesz i zagrasz do niego, to przeciwnik musi cały czas biegać. My nad tym cały czas pracujemy. W meczu z Koroną nasze boisko wyglądało już po rozgrzewce, jak kartoflisko, piłka odskoczyła i zaraz wszyscy pretensję mają do Aki, że stracił piłkę. Ja nie mam o to do niego pretensji, mogę mieć zastrzeżenia do tych zawodników, którzy go nie zaasekurowali w tej sytuacji. Będziemy dalej iść w tym kierunku. Warunek jest jeden, musisz szybko przejąć piłkę, a żeby szybko przyjąć, to musisz mieć dobrą technikę. Dlatego zwracamy uwagę na najprostsze elementy w treningu, przyjmij, zagraj, pokaż się.

Skąd u trenera taka otwartość do ludzi, do mediów?

– Wychodzę z założenia, że jeżeli jestem w jakieś społeczności to tak należy robić. Wy jesteście dziennikarzami, ale i po części kibicami Pogoni. Chcecie jak najwięcej informacji. Im więcej tych informacji wiecie ode mnie, czy widzicie na treningu, tym lepiej. Wzrasta zainteresowanie kibiców i w tej chwili napędzamy taką modę na Pogoń. Ja nie mam nic do ukrycia, często ludzie dziwią się dlaczego gra ten zawodnik, a nie tamten. Ten, kto chodzi na treningi wie więcej. Wy chodzicie, wiecie kto jest w jakiej formie. Niewielu jest jednak takich ludzi, którzy przychodzą. Są tacy, którzy żyją jakimiś wspomnieniami, że dany piłkarz strzelił bramkę w 2008 roku. Na przykład w Bielsku cały czas mówili mi, że Malinowski strzelił bramkę z Lechem w PP. To było ileś lat temu, a wy dalej o tym gadacie. Dlatego uważam, że nasze relacje powinny być bardzo dobre. Ja nie chcę się spoufalać, bo nie szukam przyjaciół wśród dziennikarzy i piłkarzy, chcę mieć po prostu normalne i zdrowe relacje. Jak zapytacie, to ja wam odpowiem. Wolę wam odpowiedzieć, o ile oczywiście mogę, bo wiadomo jakie czasami są sytuacje i niektórych informacji zdradzić nie mogę, żebyście też mieli informacje na temat swojego klubu. Im więcej dostajecie informacji, tym macie szerszą perspektywę. Jak się coś wydarzy, to wy nie będziecie patrzeć tylko przez pryzmat jednego wydarzenia, tak jak właśnie z Aką w ostatnim meczu. Nie „jedziecie” z chłopakiem, bo wiecie, że w sparingach grał bardzo dobrze, a nasz cel jest właśnie taki, aby ryzykował. Jeżeli wy będziecie o tym mówić, pisać to kibice też inaczej będą to odbierać. To działa w dwie strony. Okej, ktoś może zarzucić mi, że zbyt dużo czasu poświęcam dziennikarzom, ale ja znajduję na to czas. Teraz mógłbym siedzieć w klubie i pić kawę, ale porozmawiam z wami, wy będziecie znać mój punkt widzenia. Nie robię tego sztucznie, w każdym klubie działałem tak samo. W swojej karierze tylko raz miałem napiętą sytuacje z dziennikarzem, było to w Bielsku. Zaczęło się od tego, że zarzucano mi brak transferów do klubu, a w końcu to nie ja byłem za to odpowiedzialny. Moment kulminacyjny przyszedł po wygranym meczu z Koroną, zagraliśmy rewelacyjne spotkanie, mieliśmy mnóstwo sytuacji podbramkowych, lecz bramka na wagę trzech punktów padła po samobóju kielczan. Po meczu przeszliśmy gdzieś od słowa do słowa i padło pytanie dlaczego nie grał ten i ten zawodnik. Nie mogliśmy skorzystać z tego gracza, ponieważ z tego co pamiętam pauzował za kartki, więc odpowiedziałem panu dziennikarzowi, żeby następnym razem lepiej się przygotował do meczu. Jednak po tamtej konferencji zrobiło mi się głupio i czekałem na okazję, aby go przeprosić jednak nie doczekałem się, więc w jakimś wywiadzie później przeprosiłem go. Ja też jestem tylko człowiekiem, żyję w emocjach. Wy macie trochę większy spokój, bo nie musicie podejmować gatunkowo ciężkich decyzji. Weźmy za przykład ostatni mecz z Koroną, patrzycie na boisko i wyliczacie ten, ten i ten do zmiany. Zdaję sobie sprawę, że w pierwszej połowie do zmiany było sześciu zawodników, ale zmian mam tylko trzy. Z trybun w 25 minucie też słyszę: zmień tę ofermę i tak dalej. Przegrywamy 0:2 u siebie, pierwszy mecz i co? Zmieniam powiedzmy „Listka” i „Akę”, i jak oni będą się czuli? Fatalnie prawda? Jaki to jest sygnał dla piłkarza, że trener od razu wskazuje winnego. Ja robiłem popularne wędki niejednokrotnie i to nie jest dla mnie problem, ale w tej sytuacji, gdzie cały zespół gra słabo nie mogę czegoś takiego zrobić. Gdybym był mniej doświadczonym trenerem, pewnie ugiąłbym się tej presji i zrobiłbym takie zmiany.

Pracował Pan z wieloma świetnymi piłkarzami, ale jest jakiś jeden szczególny, który utkwił panu w pamięci z poprzednich klubów? Bądź może pracuje pan teraz z takim w Pogoni?

– W każdym klubie, w którym pracowałem miałem szczęście pracować z wybitnym piłkarzem, może nie na skalę europejską, ale na pewno na skalę naszej Ekstraklasy. Nie ma takiego piłkarza, który trochę dłużej ze mną popracował, i z którym miałbym jakiś problem. Powiedziałem to w szatni chłopakom, że ja nie szukam przyjaciół przed sukcesem, bo to wszystko jest wtedy takie sztuczne. Przyjaźnie są, ale najpierw zróbmy sukces i wtedy będziemy przyjaciółmi do końca życia, bo zawsze będziemy mieli wspólne wspomnienia. Tak jest w Lubinie, tak jest w Poznaniu. Chciałbym, aby wspólny sukces połączył nas na lata, nie w takim sensie, że będziemy się odwiedzać i tym podobne, ale że będziemy się zawsze miło wspominać i o sobie mówić, bo wspólnie coś osiągnęliśmy. Dzisiaj stanęliśmy przed takim momentem, że jest szansa wspólnie zbudować coś wielkiego, nie mówię, że już w tym sezonie, ale jeśli nie w tym, to w kolejnym. Jest szansa na coś wielkiego, bo zrobiła się fajna grupa, tylko ryzyko jest takie, jak mówiłem. Im wyżej będziemy, tym bardziej prawdopodobne, że kogoś od nas zabiorą i dlatego już dziś musimy być na to przygotowani. Tak jest i tak będzie, bo my nie jesteśmy w stanie utrzymać piłkarza, jeżeli ktoś się zgłosi i położy 2- 3 miliony euro na stół np. za Łukasza Zwolińskiego. Muszą być alternatywy.

Adam Frączczak dla każdego zespołu i każdego trenera byłby bardzo cennym zawodnikiem?

– Tak, mi imponuje w Adasiu jego charakter, on jest niesamowitym walczakiem. Poza tym on strasznie cierpi, podobnie zresztą jak Rafał Murawski. Oni cierpią, gdy coś się nie układa, gdy coś nie idzie. Mówiliśmy o tej prezentacji zespołu, i wtedy było widać, że kibice bardzo dobrze reagują na Adasia, dostał przecież owacje na stojąco. On utożsamia się z tym klubem. Oczywiście ja nie lubię tych piłkarzy, którzy na pokaz całują herb wszystkich klubów świata, ale Adam taki nie jest, on jest naturalny i to mi się u niego podoba. Potrafi mocno przeżywać, gdy coś mu nie wyjdzie, kiedy go ktoś go skrytykuje. Przede wszystkim imponuje mi u niego jednak poświęcenie, bo on naprawdę robi wiele dla tej drużyny. Wiem, że ma długi kontrakt, więc kto wie czy on tutaj nie będzie grał do końca kariery. To generalnie jest taki moment, że ta drużyna chce, żeby kibice zapamiętali ich na dłużej. Dzisiaj w szatni jest fajna gradacja. Wiadomo „Muraś” jest kapitanem i fantastycznym piłkarzem, Jarek Fojut też ma charakter, Adaś ma charakter, ale to nie są toksyczni ludzie i to też jest bardzo ważne. Oni za przeproszeniem nie opieprzają jednego czy drugiego młodego zawodnika, żeby się tylko wyżyć, tak jak to kiedyś robiono to w wojsku. Wszystkie rzeczy takie jak regulamin szatni, spóźnienia, dzwoniące telefony, ja w ogóle się w to nie wtrącam, oni sami się kontrolują, sami narzucają na siebie kary. Gdy komuś w szatni telefon zadzwoni, to od razu mają ubaw, bo wiedzą, że ktoś zaraz wpłaci pieniądze za karę i później spotykają się na kolacji. Ta drużyna ma też życie poza szatnią i to mi się podoba, że drużyna nie kończy się tylko po meczu, po treningu. Oni się wspólnie spotykają, gdzieś tam wychodzą, pytają mnie tylko, czy można ewentualnie trening zrobić godzinkę później, bo gdzieś tam wychodzą razem. Nie robię żadnych problemów. Mówię: okej chłopaki, zaproście żony i idźcie razem, pogadajcie sobie. Jest fajny klimat, ale uczulam zawodników, że zawsze nie będzie słodko, bo ja muszę podejmować takie decyzję, gdzie jest dwóch przyjaciół i jeden usiądzie na ławce, a drugi gra od początku. Takim przykładem teraz jest „Kudi” i „Matrix”. Razem mieszkają, a teraz jeden gra, drugi nie. Dawid Kudła jest zawsze pierwszy, wszędzie. Czy trzeba coś zaśpiewać czy zrobić cokolwiek innego. Jest uśmiechnięty i naładowany energią, a mógłby spuścić głowę w dół i do nikogo się nie odzywać. On taki nie jest i jego czas też jeszcze przyjdzie. Ja nie twierdzę, że do końca sezonu w bramce będzie stał Słowik, a Kudła będzie się tylko przyglądał z ławki. Dzisiaj jednak wybraliśmy jako numer jeden Słowika i on też musi czuć się pewnie, musi wiedzieć, że mu ufamy.

Na ostatniej pomeczowej konferencji powiedział pan, że Rafał Murawski, to piłkarz starej daty, który nienawidzi przegrywać i udowadnia to swoim charakterem i walecznością na boisku. Uważa pan, że młodym zawodnikom brakuje takiej chęci zwycięstwa?

– Młodym zawodnikom brakuje chłodnego chowu, bo Rafał to jeszcze to pokolenie, które wychowało się na podwórku. To jest takie pokolenie jak Frankowski, Reiss, Świerczewski, którzy nawet jak grali na podwórku w kapsle, to chcieli wygrać. Wszystko się chciało wygrywać. Teraz jest trochę inaczej. Marcin Listkowski też chce wygrywać, ale „Muraś” chce wygrać ten mecz rzęsą, włosem, paznokciem, wszystkim. On chce wygrywać całym ciałem i takiej pasji do wygrywania musimy nauczyć tych młodych zawodników. Nasz kapitan doskonale wie, że jego kariera zbliża się do końca, przed nim być może 2-3 lata grania. On jeszcze chciałby odejść na emeryturę jak zawodnik, który ma szansę pograć o najwyższe cele i to go nakręca. Dla mnie jest to idealna sytuacja, bo jeśli kapitan goni z piłką przez całe boisko, to dlaczego ty też nie możesz gonić? To jest idealna sytuacja dla trenera, bo często jest tak, że kapitan to już jest zasłużony piłkarz, który nie pobiegnie, gdzieś odpuści, a w przypadku Murawskiego nie ma czegoś takiego.

Kiedyś trener powiedział, ze Pana największym marzeniem jest poprowadzić reprezentacje Polski. Marzenie wciąż aktualne?

– Nic się nie zmieniło w tej kwestii. Chciałbym kiedyś pracować z reprezentacją Polski, bo to marzenie każdego trenera, ale żeby prowadzić kadrę narodową, to jeszcze trochę meczów trzeba wygrać i przegrać w swoim życiu. Po to, żeby udźwignąć ten ciężar odpowiedzialności i presję, bo to jest dopiero presja, kiedy cały naród wie jaki skład powinien grać, kogo powołać, a ty musisz być głuchy na odgłosy z zewnątrz i skupić się tylko na swojej robocie. Ostatnio dzwonił do mnie Adam Nawałka i mówi: mam na liście 72 nazwiska, są na niej również twoi piłkarze. Zapytał o nich, trochę porozmawialiśmy. Bardzo chciałbym ale wiem, że moje pokolenie, czyli Michał Probierz, Maciej Skorża musimy na taką szansę jeszcze trochę poczekać.

Patrząc na akademię Pogoni Szczecin. Jest w trójce trzech najlepszych w ekstraklasie?

– Kiedy byłem w Amice, mieliśmy najlepszą szkółkę w Polsce. Później w kolejnych zespołach, w których pracowałem nie stawiano na młodzież, to wszystko dopiero raczkowało. W Szczecinie jest zdecydowanie najlepiej. Niech świadczy o tym fakt, że juniorzy jadą na obóz, drugi zespół jedzie na obóz do tego samego hotelu co pierwsza dużyna, co pokazuje jak bardzo liczymy na tych chłopców. Niektóre ekstraklasowe zespoły mają problem, aby wyjechać na obóz, a oni jadą i mają takie same warunki, jak my. Mnie imponuje przede wszystkim ilość i jakość tych chłopaków, bo naprawdę mamy dużo zawodników i te wszystkie powołania, które przychodzą z kadr młodzieżowych, to nie są powołania na wyrost. To zasługa Darka Adamczuka, ponieważ akademia to jego oczko w głowie. Ci chłopcy się rozwijają, pracują z nimi bardzo fajni trenerzy jak Paweł Cretti, który mógł pojechać z żoną na urlop, a on jedzie z nami na obóz do Wronek. Teraz jedzie na drugi obóz, gdzie z kolei z żoną mógłby pojechać na narty. To pokazuje, że ci ludzie mają pasję i to mi się bardzo podoba. Jest jakość szkolenia, ale jest też dużo pracy merytorycznej i wyciśniemy ostatnie soki ze wszystkich, aby ta akademia funkcjonowała jeszcze lepiej.

Transfer Adama Gyurcso pokazuje, że Pogoń może mierzyć się z czołowymi klubami, już nie tylko na boiskach Ekstraklasy, ale także na rynku transferowym?

– To jest taki sygnał dla nas, ale i dla całej Polski, że coś się zmienia w Pogoni. Oczywiście, że zawsze łatwiej będzie ściągnąć zawodnika do Legii, czy do Lecha, bo to są kluby, które grają regularnie w pucharach i mają budżet większy od nas. Myślę, że transfer Adama będzie takim wstępem do czegoś, co będzie cykliczne. Chciałbym, żeby co pół roku, może co rok do Pogoni trafiał zawodnik, który od razu jest gotowy do gry w pierwszym składzie. My część takich zawodników jak „Listek” sobie przygotujemy, ale żeby ten zespół się rozwijał to potrzebujemy też zawodnika od razu gotowego do pierwszego składu. Gyurcso jest takim zawodnikiem, Kamil Drygas również będzie zawodnikiem pierwszego składu.

Myśli Pan, że Adam ma potencjał na gwiazdę ligi?

– Myślę, że ma potencjał. Jest u nas Colin Chambers, scout Middlesbrough i mówił nam, że pierwsza rzecz, jaką musi zrobić Gyurcso, to wzmocnić się fizycznie. My doskonale o tym wiemy, jednak jest to proces. On od razu się nie „napakuje”, bo straci koordynacje i inne swoje auty. Ma umiejętności i dużo plusów, takich jak stałe fragmenty, gra 1 na 1, strzał z prawej i lewej nogi. Poza tym dużo widzi na boisku. Nie chcę jednak mówić, że będzie to gwiazda, bo taka wypowiedź może do niego trafić i wtedy pojawia się dodatkowe ciśnienie: bo trener powiedział, że będziesz gwiazdą. Niech spokojnie rośnie razem z drużyną,

Fenomenem dla kibiców Pogoni ostatnio stał się właśnie słynny komitet transferowy. Mógłby Pan przybliżyć Wasze działania od kulis, jak wygląda to poszczególnymi etapami?

– Powiem tyle, ile mogę powiedzieć. Ustalamy sobie plan na najbliższe okienko transferowe i jeszcze jedno okienko do przodu. Ustaliliśmy sobie w lipcu, kogo będziemy szukać w styczniu, ustaliliśmy również kogo będziemy szukać w czerwcu, po zakończonym sezonie. A teraz wiemy też kogo będziemy szukać już w grudniu za rok. Patrzymy komu się kończy kontrakt, ale też kto dobrze rokuje z młodych zawodników, żeby nie blokować ich rozwoju. Ustalamy więc jakie pozycje będą wzmacniane, ale na początku nie mówimy konkretnie, że akurat ten i ten zawodnik. Następnie ustalamy priorytety, czyli wiek, doświadczenie i to na jakim poziomie już gra i na jakim poziomie może grać. Podaję przykład: chcemy Łukasza Brozia. Nie grał teraz w Legii, więc sprawdzamy czy nam pasuje. Ma 28 i rozmawiamy czy jest okej, czy potrzebujemy jeszcze kogoś młodszego. Gyurcso i Drygas mają po 24 lata czyli będą się jeszcze rozwijać i będzie można ich sprzedać. Reasumując ustalamy najpierw szczegóły, którymi wyszukujemy danego zawodnika, a dopiero w późniejszej fazie podejmujemy decyzje, czy ma być to transfer gotówkowy, czy szukamy wolnych zawodników. Jest dużo szczegółów, ale to mi się bardzo podoba, bo nie ma tutaj żadnego przypadku. Wszystko jest poukładane. Ostatnio wypłynęła informacja o naszych rozmowach z Kamilem Grosickim. Mieliśmy swoją listę i wszystko było dokładnie wynotowane. Ile ma zarabiać, ile będzie kosztowała prowizja managerska i na jak długi czas podpiszemy kontrakt. I gdy idziemy np. na spotkanie z Grupą Azoty – a prezes Jałosiński mocno interesuje się piłką – to jesteśmy mu w stanie wszystko dokładnie powiedzieć jakie mamy plany. Był zbudowany tym, w jaki sposób pracujemy. Taki układ wynika też z tego, że prezes Mroczek jest biznesmenem i on też planuje jakąś strategię. W sporcie nie możesz zaplanować zwycięstwa, ale możesz zaplanować zasady i organizację według, których się poruszasz. Te transfery, które zrobiliśmy były od początku do końca zaplanowane i przemyślane. Chcieliśmy defensywnego pomocnika, mamy Drygasa, chcieliśmy skrzydłowego, jest Gyurcso. Traore pojawił się u nas na dokładkę, to jest eksperyment. Prezes określił warunek dla zawodnika, który do nas trafia: ten piłkarz musi wcześniej regularnie grać. Nie przychodzą zawodnicy, którzy mają problemy, bo nie mamy na to czasu. Nie mamy czasu na odbudowanie takiego zawodnika, a pensję trzeba płacić. Doskonale pamiętacie, że było mnóstwo takich przypadków w Szczecinie, gdzie gracz miał się odbudować, a była to tylko strata pieniędzy. Choć nie można do końca wykluczyć że kiedyś ktoś taki z „problemami” do nas nie trafi.

Pan też uważa, ze największym problemem Pogoni jest stadion?

– Zdecydowanie tak. Każdy kto tutaj przyjeżdża, chwali nas jako zespół, ale ten stadion to porażka. W meczu z Koroną doskonale mieliśmy przykład „funkcjonalności” tego stadionu. Taka pogoda będzie nam towarzyszyć, ponieważ tendencja w Polsce i Ekstraklasie jest taka, żeby rozpoczynać rozgrywki już w lutym. Nie jest miło być na stadionie, gdzie hula zimny wiatr i leje deszcz. Najbardziej przeraża mnie jednak inna rzecz, ja o tym stadionie w Szczecinie słyszę już od kilku lat, kiedy pracowałem jeszcze w innych klubach. Najgorsze jest to, że cały czas się tylko mówi i wymyślane są jakieś terminy siedmioletnie. Nie rozumiem skąd taka niechęć do stadionu ze strony władz miasta. Budujecie filharmonie, teatry, opery, dbacie o kulturę, ale nie o najważniejszą kolebkę kultury sportowej, gdzie to może być przecież wizytówką Szczecina na lata. To nie jest stadion na nasze pokolenie, ale przede wszystkim dla następnego pokolenia. Dlatego jak słyszę wersję z trzema trybunami i inne chore pomysły, to szczerze mówiąc nie wiem co siedzi w głowie tych ludzi, którzy podejmują takie decyzje. To jest totalny bezsens, krótkowzroczność na rok, może dwa. Nikt takich stadionów w Europie nie buduje. W Portugalii wybudowali taki stadion dla Bragi, ale tam są specyficzne uwarunkowania i prezentuje się to fenomenalnie. A w Szczecinie co postawią, ściankę wspinaczkową? Z kim nie rozmawiam, począwszy od Zbigniewa Bońka, każdy się dziwi, że nie ma stadionu. Odpowiadam, że tutaj nie ma nawet perspektyw na nowy stadion, bo nie ma żadnego terminu Ciągle są tylko jakieś kłótnie, ciągle słyszymy to samo. Jak słyszę argument, że nie robią nowego stadionu, bo niby prezes kogoś innego poparł i teraz ktoś się mści, to to jest totalny absurd i nie daje temu wiary . Gdybym ja był prezydentem, to zrobiłbym wszystko, żeby za mojej kadencji powstał stadion, to będzie pamiątka do końca życia dla wszystkich tych, którzy żyją teraz i będą żyć, będą mówić, że to ten prezydent zbudował taki piękny stadion. Dziwię się, że politycy, którzy szukają poklasku wszędzie, gdzie tylko mogą i otwierają jakąś tam jezdnie po 5 razy nie zwracają uwagi na ten stadion. Zrobią komuś przyjemność, zrobią coś fajnego dla miasta, a przy okazji będą też na świeczniku, bo im przede wszystkim o to chodzi. Właśnie taka ignorancja hamuje rozwój klubu, bo dzień meczowy to u nas nieciekawie wygląda.

Trener wprowadził do Pogoni trochę nowinek technicznych. Pracuje pan przy pomocy programu InStat, ostatnio sztab wykorzystuje drona, aby jeszcze więcej informacji wyciągnąć z treningu. Jak bardzo takie rzeczy ułatwiają i pomagają trenerowi?

– Dostaję bardzo ważne informacje zwrotne. Dzięki dronowi mamy inny pogląd na trening. Ludzkie oko wszystkiego nie wychwyci, tutaj dostajesz liczby, dostajesz obraz z góry, z całkowicie innej perspektywy. Nie było jeszcze okazji wystartować dronem w Szczecinie, ze względu na pogodę, ale mam nadzieję, że już niedługo aura pozwoli ponownie korzystać z jego usług. Ja jestem za tym, żeby korzystać z techniki, tylko żeby technika nie zabijała tej podstawowej pracy. Zawodnik, to nie jest robot, którego zaprogramujesz. Możesz kupić najlepszą maszynę, ale najważniejszy jest człowiek, który ją programuje. Reszta to tylko dodatki, które mają nam pomóc w podnoszeniu poziomu sportowego.

Niespotykanym zjawiskiem w Ekstraklasie jest wysyłanie jednego z członków sztabu na trybuny i pozostawanie z nim w ciągłej łączności. Wprowadzamy dużo nowego do polskiej ligi.

– W tym aspekcie jesteśmy nowatorscy, jeśli chodzi o polską ligę. W Anglii kiedyś Sam Allardyce zaczął to praktykować. Co ciekawe w tym czasie Jarosław Fojut grał u niego w Boltonie. Mamy jeszcze trochę ograniczenia, jeżeli chodzi o szatnie, bo tam nie ma tam tyle miejsca, ile byśmy potrzebowali, ale i tak w przerwie meczu już mamy wycięte kluczowe sytuacje pierwszej połowy, mamy swój telewizor interaktywny, na którym możemy rysować i pokazywać. W przerwie meczu z Koroną również było to przygotowane, lecz nic nie oglądaliśmy, bo musielibyśmy wyciąć całą pierwszą połowę do analizy. W 40. minucie meczu moi asystenci udają się już do szatni. Wycinamy od 3 do 5 sytuacji i pokazujemy je w przerwie zawodnikom. Mamy trochę problemów przy okazji spotkań wyjazdowych, ale kłopot został już rozwiązany, ponieważ zamówiliśmy kieszonkowy projektor, dzięki któremu będziemy mogli przeprowadzać takie analizy również na innych stadionach.

Rozmawiali Dawid Zieliński i Bartosz Witkowski

5 komentarzy

  1. A taki miałem być zadowolony? Nic nowego sie nie dowiedziałem a nawet nikt z Was nie zapytał o wpis z TT grzeczne miłe pytania syn w bluzie Pogoni w Gdyni WTF?Panie Kasprzyk a gdzie trudne pytania o wspolprace z panem Jankowiczem Becella o konflikcie z Janukiewiczem tajemniczym odejsciu poprzedniego trenera Kristiana? O relacje z ex pilkarzami tymczasem poznajemy rodzine trenera i jego wycieczki po świecie tego u Was za duzo a za malo pikanterii i dobrych mocnych pytan na trudne tematy!

    (-34)
  2. Nie słuchajcie tego całego Gianiego.
    Bardzo dobry wywiad. Oby tak dalej, a na pewno będę stałym bywalcem, jak na V-CE.
    Dawno nie czytałem tak dobrego materiału ( przede wszystkim swojego, a nie przedruku z innych gazet ).
    Jeszcze raz gratuluję.
    Dobra robota.
    Pozdrawiam

    (18)
  3. Bardzo dobry wywiad, gratulacje. 🙂

    (5)
  4. Super wywiad .Przybliża postać trenera i jego wizji pracy .
    Cieszę się ,że mogłem wreszcie sobie poczytać dłuższy tekst niż 5 zdań .

    (3)

Skomentuj

Twój adres email nie będzie opublikowany. Required fields are marked *

*

Do góry

Reklama