Home / Newsy / Pogoń po godzinach: „Był taki okres, że mając 26 lat ludzie myśleli, że jestem starszy od Bramy Portowej”
Pogoń po godzinach: „Był taki okres, że mając 26 lat ludzie myśleli, że jestem starszy od Bramy Portowej”

Pogoń po godzinach: „Był taki okres, że mając 26 lat ludzie myśleli, że jestem starszy od Bramy Portowej”

– Pamiętam, że przed meczem gdy przyjechałem na stadion to nie wiedziałem, że trener Ksol właśnie tego dnia da mi szansę debiutu. Wchodzę do szatni i widzę swoje nazwisko na tablicy, od razu pomyślałem, że to głupi żart kolegów, okazało się jednak, że to prawda i od tamtej pory na dobre zagościłem w podstawowym składzie Pogoni – mówi jedna z legend naszego klubu Mariusz Kuras. Zapraszamy na kolejną odsłonę cyklu „Pogoń po godzinach”. Autorem jest Dawid Zieliński.

Zacznijmy od samego początku, czyli pańskiego przybycia do Szczecina. Do Pogoni trafił Pan w bardzo młodym wieku, w dodatku z drugiego krańca Polski – z Częstochowy. W tamtych czasach mało kto wybierał się w takie podróże, każdy grał w pobliskich klubach.

– Na pewno tak. Była propozycja z Pogoni, ja z tej propozycji skorzystałem mając 17 lat. Cieszę się, że tak postąpiłem, ponieważ to co mam, zawdzięczam wszystko Pogoni. To Pogoń dała mi mecze na najwyższym poziomie klasy rozgrywkowej jako piłkarzowi oraz jako trenerowi i myślę, że jestem wpisany w historię tak wspaniałego klubu. To powód do dumy. Jestem dumny, że mogłem mieszkać, żyć w otoczeniu tak wspaniałych ludzi i trenować z takimi piłkarzami. Dano mi szansę i zrobiłem wszystko by jak najlepiej ją wykorzystać. Jestem z Pogonią od zawsze na zawsze całym sercem i życzę jej zawsze jak najlepiej.

Jak wyglądały Pana początki w klubie?

– Początki były trudne, powiedziałbym nawet, że bardzo trudne. Jako młody chłopak znalazłem się daleko od domu, sam w pokoju, w szatni dookoła mnie wszyscy starsi koledzy grubo po 30 – stce. Mogłem mówić do nich na „Pan”, gdyby sobie tego życzyli. Co mogłem zrobić? Zacisnąłem zęby i ciężko pracowałem. Trener Eugeniusz Ksol (trener Pogoni Szczecin w latach 1982 – 1985 przyp. red.) dał mi szansę w meczu ligowym i tak moja podróż z Pogonią się zaczęła. Mój początek do najprostszych nie należał, teraz młodzi zawodnicy mają łagodniejsze wejścia do drużyny. Pamiętam, że walczyłem o skład z Markiem Włochem, Adamem Beneszem. Było kilku bardzo dobrych zawodników, z którymi trzeba było powalczyć, także uśmiechnęło się do mnie szczęście i ktoś we mnie coś zobaczył. Ja nigdy nie byłem topowym piłkarzem, byłem człowiekiem od czarnej roboty na boisku, dużo piłek odbierałem, nie zapędzałem się do przodu pod bramkę rywala. W Szczecinie spędziłem wspaniałe lata i rozegrałem „parę” spotkań, które kibice pamiętają. <śmiech>

Jakim klubem była ówczesna Pogoń?

– Przez długi okres czasu byliśmy wysoko w tabeli, później przyszły „chudsze” lata, gdzie spadliśmy do niższej ligi i wtedy było bardzo ciężko. Transformacja polityczna w kraju, każdy myślał, że piłkarz zarabiał fortunę. Odczuliśmy na własnej skórze, co znaczy określenie „pustka w portfelu”. Musieliśmy sprzedawać różne rzeczy, żeby utrzymać się na powierzchni. Mimo, że grałeś w Ekstraklasie, to trudnych okresów w piłce nie brakowało. Być może teraz jest łatwiej, ale ja cały czas wspominam bardzo miło lata, które spędziłem jako piłkarz Pogoni, bo jestem tu, gdzie jestem i nawet mogę z Panem dzisiaj porozmawiać i powspominać <śmiech>

Pan zadebiutował w Pogoni w ważnym dla siebie dniu. 21 sierpnia 1983 roku obchodził Pan swoje 18 urodziny.

– Tak, zagrałem mecz z ŁKS – em. Wygraliśmy go 2:1 a ja kryłem w tym spotkaniu Jacka Ziobera, mojego serdecznego kolegę z reprezentacji juniorów, pamiętam nawet, że dosyć brzydko go sfaulowałem i musiał opuścić boisko <śmiech>. Było walki na całego! Pamiętam, że przed meczem gdy przyjechałem na stadion to nie wiedziałem, że trener Ksol właśnie tego dnia da mi szansę debiutu. Wchodzę do szatni i widzę swoje nazwisko na tablicy, od razu pomyślałem, że to głupi żart kolegów, okazało się jednak, że to prawda i od tamtej pory na dobre zagościłem w podstawowym składzie Pogoni.

Już drugim sezonie Pana gry w Pogoni wywalczyliście brązowy medal. To było dosyć duże zaskoczenie? Drużyna opierała się głównie na zawodnikach z regionu.

–  Ale byli to bardzo dobrzy i silni piłkarze. Plejada chłopaków, którzy mieli wielki talent. Adam Kensy, Marek Leśniak, Adam Benesz, Andrzej Miązek. Mówię to z sentymentem, ponieważ byłem częścią tej drużyny, ale łatwiej jest mi wymienić „brązową jedenastkę” z sezonu 1983/1984, niż aktualną jedenastkę Pogoni. Teraz dużo się zmienia, za moich czasów ludzie byli przyzwyczajeni do pewnych nazwisk w Pogoni. Oczywiście kiedyś grało się inaczej, dzisiaj piłkarze świetnie grają w piłkę, są silni fizycznie, grają bardzo szybko. Wtedy było inaczej, ale sentyment do tamtych czasów pozostał i to był fajny czas w moim życiu. Kiedyś czytałem wypowiedź jednego z piłkarzy, że on nie chce grać w Pogoni Szczecin, a jest z regionu. Dla mnie jest to kompletne kłamstwo. Pogoń jest najlepszym klubem w regionie i Pogoń może zagwarantować takiemu zawodnikowi wszystko.

Jak wspomina Pan atmosferę w szatni? Sam Pan wspomina, że koledzy byli dużo starsi.

– Wspominam wspaniale tą atmosferę. Człowiek uczy się całego życia. Ja od początku byłem człowiekiem, który wiedział, że jak się jest młodym, to trzeba nosić piłki i trzeba zostać na koniec i posprzątać autokar, czy zanieść sprzęt i nigdy mi to nie sprawiało problemu. Wie Pan, był taki okres w mojej karierze, że mając 26 lat niektórzy ludzie myśleli, że ja jestem starszy od Bramy Portowej <śmiech>. Każdy wiedział kto to jest Kuras, a ja w tym czasie z Andrzejem Miązkiem nosiłem sprzęt, w grze 4 na 2 biegałem w dziadku, bo byłem najmłodszym chłopakiem w Pogoni. To uczy dyscypliny. Trzeba znać swoje miejsce w szeregu. Później przyszły czasy, że to ja byłem starszy i pomagałem tym młodszym chłopakom wejść w zespół i mam nadzieje, że oni też mnie miło wspominają.

Po 14. sezonach, które spędził Pan w Pogoni przyszedł czas na transfer. Zdecydował się Pan na Izrael. Dosyć egzotyczny jak na tamte czasy kierunek.

– Chciałem grać bliżej domu, niestety oferty transferowe nie spływały, a ja chciałem jeszcze na koniec kariery trochę zarobić, ponieważ nie byłem topowym piłkarzem i nie miałem wysokich kontraktów. Wtedy w Pogoni w ogóle nie było dużych pieniędzy, była to suma, która starczała na codzienne życie, naturalnie pieniądze były płacone miesiąc w miesiąc, poza tym okresem transformacji politycznej w kraju, ale nie oszukujmy się, wielkie sumy to nie były. Nadarzyła się okazja wyjazdu do Izraela i tak naprawdę pomógł mi w tym Marek Śledzianowski, który najpierw polecił mnie włodarzom Pogoni, a później pomógł mi wyjechać do Izraela. Pojechałem na testy, wypadłem w miarę dobrze i zostałem. Trafiłem jednak do klubu, który był słaby, a do tego finansowo wyglądało to bardzo kiepsko. Szczerze mówiąc, to wróciłem z Izraela bez pieniędzy i z niezbyt dobrymi doświadczeniami. Jedyne co mi zostało, to piękne uroki tego kraju. Szlaki Chrystusa i inne ciekawe rzeczy, które mogłem zobaczyć na własne oczy.

Po tym krótkim epizodzie w Izraelu wrócił Pan do Szczecina. Włodarze klubu zostawili otwartą furtkę w razie, gdyby chciał Pan wrócić do Pogoni?

– Wie Pan, ja skończyłem sezon dużo wcześniej. Dostałem telefon, że Pogoń grała bardzo ważny mecz w ostatniej kolejce z GKS – em Bełchatów o utrzymanie w lidze. Czekano na mnie. Odebrano mnie z lotniska, wcześniej potwierdzono transfer, żebym tylko mógł wystąpić w tym spotkaniu i pomóc Pogoni. Niestety nie udało się, spadliśmy z ligi. Wracając jednak do Pana pytania. Myślę, że byłem przypisany do Pogoni. Dostawałem wcześniej propozycje z Widzewa, Zagłębia Sosnowiec, ale tak naprawdę wtopiłem się w to miasto. Ja bardziej znałem Szczecin niż moją rodzinną Częstochowę. Tutaj było i jest mi dobrze, wielu ludzi mnie poznaje. Czuje się tutaj naprawdę dobrze i Szczecin to moje miejsce na ziemi.

Łącznie we wszystkich rozgrywkach ma Pan na koncie 486 spotkań w barwach Pogoni. Tylko miłość, przywiązanie i oddanie klubowi pozwala wykręcić tak zawrotną liczbę spotkań?

– W tej chwili tak. Czasy się zmieniły, teraz jest dużo transferów. Piłkarze szukają lepszego „chlebka”, większych pieniędzy. Niewielu jest takich chłopaków, którzy przez długi okres czasu gra w jednym klubie. Ja akurat taki byłem i to nie dlatego, że miałem ogrom propozycji i je odrzucałem, to byłoby kłamstwo. Myślę, że stałem się częścią Pogoni i to mi odpowiadało i odpowiada do dzisiaj. Ktoś może mi powiedzieć, że siedziałeś tutaj, bo nie miałeś innych propozycji. Jakieś propozycje były, ale nie były to propozycje, które były lepsze niż bycie „Pogoniarzem”.

A Panu podoba się to, że młodzi zawodnicy tak szybko chcą wyjeżdżać z Polski, często nie będąc wyróżniającą się postacią nawet Ekstraklasy?

– Teraz młody piłkarz bardzo szybko wiąże się kontraktem z menadżerem, który tak naprawdę chce na chłopaku zarobić. Nie wszyscy patrzą na dobro tego piłkarza. W grę zaczynają wchodzić duże pieniądze, duża część chłopaków wyjeżdża do bardzo niskich i pomału ten ich talent zamiera, ponieważ tam mają inne wymagania względem piłkarza. Są i topowe transfery, jak Kapustka czy Milik. Warto zauważyć jednak, że to zawodnicy, którzy dzięki swojej dobrej grze wypromowali się dalej  i jestem na tak, jeżeli chodzi o tego typu transfery. Jeżeli masz szansę grać w wielkim klubie, to trzeba z niej skorzystać. Jeżeli odpowiesz sobie w sercu, że jesteś przygotowany na ten wyjazd, to spróbuj. Jeżeli się nie uda, to podkulimy ogon i wrócisz. Ja mam taką teorię, która się potwierdza i to dotyczy Pogoni i innych zespołów Ekstraklasy. Młody piłkarz wchodząc do zespołu, gra pierwszy sezon, jest w świetnej formie, dochodzi zauroczenie stadionami, całą medialną otoczką i później on wpada w taki marazm, zadowala się tym, co już ma i tak naprawdę nic z tym jego talentem się już dalej nie dzieje. To jest problem młodych piłkarzy, że zbyt szybko dostają tą przysłowiową „marchewkę” i później tego nie szanują.

Pan po zawieszeniu zakończeniu swojej piłkarskiej kariery, rozpoczął etap trenerski. Od zawsze był taki plan, by po zawieszeniu butów na kołek zostać trenerem?

– Ja od najmłodszych lat bawiłem się piłkarzykami. Chciałem być piłkarzem, to na pewno a los tak chciał, że przedłużyłem sobie karierę piłkarską już jako trener. Dostałem szansę od Pogoni, po drodze były również inne kluby, później wracałem do Szczecina. Z moją pracą różnie bywało. Lubię pracę trenera, daje mi to dużo satysfakcji. Założyłem akademię piłkarską w Kliniskach, szkole małe dzieciaki. Cieszy mnie praca trenera.

Tak, jak już Pan powiedział ta trenerska kariera rozpoczęła się w Pogoni. Najpierw jako asystent, później jako pierwszy trener. Za czasów asystenta, z którym trenerem najlepiej się Panu pracowało i od którego czerpał Pan najwięcej wiedzy dla siebie, by później wykorzystywać to w swojej pracy.

– Najwięcej obowiązków mogłem wykonywać u trenera Lorensa. To on po raz pierwszy potraktował mnie jako swojego partnera. Wcześniej byłem grającym asystentem trenera, aczkolwiek czapki z głów dla wszystkich innych trenerów, których po drodze spotkałem, ponieważ od każdego coś się nauczyłem. Jednak tak, jak mówiłem, u trenera Lorensa byłem już tylko asystentem, już nie przebywałem na płycie boiska jako zawodnik. Na początku swojej trenerskiej przygody starałem się czerpać od każdego trenera, ponieważ przez całe granatowo – bordowe życie spotkałem na swojej drodze wielu wybitnych trenerów. Miałem od kogo się uczyć i chociaż w niewielkim stopniu myślę, że te nauki nie poszły na marne. Wspominam ich wszystkich z wielkim sentymentem i nigdy nie miałem problemu z dobrym kontaktem z nimi.

Nie odniósł Pan wrażenia, że historia zatacza koło? Piłkarska legenda zostaje trenerem swojego ukochanego klubu.

– Na pewno były gdzieś takie myśli w głowie, ale moim zdaniem to wszystko potoczyło się za szybko. Być może nie byłem na to dobrze przygotowany, ale tak naprawdę przejmując zespół po trenerze Lorensie udało nam się zdobyć wicemistrzostwo Polski. To było coś pięknego, ponieważ jako piłkarz zdobyłem z Pogonią wicemistrzostwo Polski i ten sukces udało się powtórzyć jako trener. To są piękne wspomnienia i życzę każdemu, kto zostanie trenerem, żeby trafił do takiego klubu, do jakiego ja trafiłem.

Ale nie boli Pana to, że do tej pory nikt nie może powtórzyć takiego sukcesu z Pogonią?

– Ja myślę, że jeszcze wszystko przed tymi następnymi trenerami. Jestem pewny, że ktoś na pewno zrobi bardzo dobry wynik. Pogoń to klub, w którym dzieje się wiele dobrego i wszystko zmierza w jak najlepszym kierunku. Stawiamy na młodzież, mamy świetną akademie piłkarską, a klub jako całość jest bardzo dobrze zorganizowany i zarządzany. Pozostaje tylko cierpliwie czekać, bo wiem, że w końcu to wszystko odpali.

Po tak świetnym sezonie przyszły europejskie puchary. Szybko jednak pożegnaliście się z rozgrywkami odpadając z Fylkirem Reykjavik, których nazywano amatorami. Takie porażki na pewno bolą.

– Niektórzy tak mówili, że drużyna z Islandii to amatorzy. Czy możemy nazwać amatorem zawodnika, który zarabia 4 tys. euro? Zawodnicy z Islandii zarabiali więcej, niż ja jako trener czy piłkarz. Ta drużyna nie miała nic wspólnego z amatorszczyzną. Takie nagłówki fajnie sprzedają się w gazecie. Na ostatnich Mistrzostwach Europy teoretycznie słabsze zespoły sprawiały wielkie niespodzianki, ich też nazwiemy amatorami? Ja bardzo żałuje tego przegranego pojedynku z Fylkirem Reykjavik. Okoliczności tego dwumeczu były absurdalne, ale długo by o tym rozmawiać. Może gdyby ktoś wysłuchał całej opowieści, to wtedy by zrozumiał. Bardzo mnie to boli, bo mogliśmy wygrać z drużyną z Islandii i w następnej rundzie mierzyć się z Rodą Kerkrade, która była zespołem w naszym zasięgu i gdybyśmy wygrali, to gralibyśmy dalej w pucharach. Po to się trenuje i gra, żeby zajść jak najdalej, na europejski poziom. Pojechaliśmy do Reykjaviku i przegraliśmy 2:1, w Szczecinie nie potrafiliśmy wygrać spotkania prowadząc do 90. minuty 1:0. Nie miałem składu, klub wtedy nie funkcjonował tak, jak jeszcze pół roku wcześniej. Zawodnicy uciekali do innych klubów, myśleli o całkowicie innych rzeczach. Nie ma się jednak co tłumaczyć z tego, trzeba to wziąć na klatę. Przegrałem z Fylkirem Reykjavik będąc trenerem Pogoni. Taki jest sport.

Jest gdzieś takie wrażenie, że jako trener Pogoni dostał Pan zbyt mało czasu?

– Rzeczywiście dużo czasu nie dostałem. Później, gdy przychodziłem do IV ligi rozmowy były takie, że mógłbym tutaj zostać i być długie lata nawet gdyby się nie udawał. Życie pisze jednak inne scenariusze i nie mam do nikogo żalu. Pogoń zawsze będzie dla mnie najważniejsza i nic tego nie zmieni.

Jedynym klubem, w którym pracował Pan długo to GKS Bełchatów. W innych klubach praca kończyła się bardzo szybko. Dlaczego?

– Będąc trenerem szukasz pracy. W jednym klubie nie wychodzi, w drugim jesteś krótko, pracujesz trzy miesiące, przegrywasz mecz, ktoś cię pakuje i jedziesz do domu. Z drugiej strony bierzesz klub, który cię chcesz i nie zastanawiasz się. Masz na utrzymaniu rodzinę, mieszkanie. Z czegoś trzeba żyć. Nie mogłem sobie pozwolić na to, że będę czekał na ten przysłowiowy „świetny strzał”, ktoś do mnie się uśmiechnie, zaprosi mnie i będę zarabiał wielkie pieniądze. Musiałem szukać chleba, więc jeżeli pojawiała się jakaś propozycja z klubu, a innych nie było to nie zastanawiałem się. W każdym klubie, w którym byłem zostawiałem całego siebie, chciałem jak najlepiej dla klubu, który obecnie reprezentowałem. Były po drodze różne kluby, natomiast to nie jest tak, że wybór zależał zawsze tylko ode mnie.

Niestety w tamtych czasach często boiskowe wyniki załatwiano pod biurkami w gabinetach prezesów…

– Tak, to były właśnie takie czasy i tak naprawdę wyglądało to bardzo przemyślanie, na boisku miało być spokojnie. Były zbiórki, płacenie haraczy. Ja chcę o tej sprawie jak najszybciej zapomnieć, jest to dla mnie bardzo przykre i na pewno trudno to wszystko słowami wyrazić, tłumaczyć czy wybielać. Myślę, że wielu ludzi, którzy pracują w piłce nożnej spotkało się z tą sytuacją, a dzisiaj mówią, że nigdy o tym nie słyszeli. Mogę to zostawić tylko i wyłącznie dla siebie.

Jak to w ogóle przebiegało? Scenariusz spotkania był napisany wcześniej?

– Już tyle razy było pisane na ten temat. Ja nie chciałbym za dużo na ten temat mówić. Było, minęło i nie wróci. Tak bym to określił.

Pana ostatnim klubem był Energetyk Gryfino. Patrząc na kluby, które wcześniej Pan prowadził to przeskok jest drastyczny.

– Gdy przyjechałem z Nowego Sącza, ponieważ to Sandecja była ostatnim klubem na tym wysokim poziomie, chciałem pomieszkać w Kliniskach. Tam mamy dom, chciałem pobyć trochę z żoną. Moja rodzina cały czas tylko za mną jeździła po całym kraju. Oni też już mieli tego wszystkiego dość. Nie w każdym klubie, w którym pracowałem było różowo. Nie płacili po 4 – 5 miesięcy. To był ciężki okres i chciałem od tego wszystkiego odpocząć. Chciałem robić coś innego, aby moje życie nie sprowadzało się tylko do widzi mi się prezesa klubu, czy innego dyrektora klubu, który może mnie zwolnić z dnia na dzień i powiedzieć „Dobra, coś się nie udało”. Budowanie zespołu to zawsze jest okres długofalowy i nie da się zrobić czegoś w 3 miesiące. W życiu trenera trzeba trafić na ludzi, którzy są cierpliwi i ja w niektórych klubach takich ludzi spotykałem. Nigdy za sobą nie paliłem mostów. Praca trenera jest taka, że gdy jest dobrze, to każdy cie klepie po plecach i wszyscy są zadowoleni, natomiast w pewnym, słabszym momencie obrażają cię ludzie, którzy nawet mnie cię nie znają. Nic o tobie nie wiedzą. Kopią mnie gdzieś na forum nie wiedząc nawet, jakim jestem człowiekiem i trenerem. Zawsze denerwuje mnie takie gadanie, że zwolnili go, a on był dobrym człowiekiem. Tu nie o to chodzi. Ja uważam, że byłem dobrym trenerem, bo mojej pracy nie ocenia się przez pryzmat jaki jestem, tylko jaki warsztat trenerski posiadam. Dobrym człowiekiem jestem cały czas, wielu ludzi mnie lubi, szanuje i zna. Ja zawsze staram się każdemu pomóc, jeżeli ktoś tego potrzebuje. Mnie trzeba poznać, aby móc mnie oceniać.

W Ekstraklasie obecnie pracuje Dariusz Wdowczyk, który jest trenerem Wisły Kraków i również odcierpiał zawieszenie w zawodzie. Pan też ma plan, aby powrócić jeszcze na ten szczyt?

– Ja tak daleko nie wybiegam w przyszłość. Żyję z dnia na dzień i zobaczymy co życie pokaże. Ja zawsze wszystkim życzę jak najlepiej. Jeżeli los pozwoli i Bóg pozwoli to chciałbym trafić jeszcze do dobrego klubu, ale to trzeba mieć bardzo dużo szczęścia i wiele czynników musi spasować, żeby to się udało.

Śledzi Pan losy obecnej Pogoni?

– Oczywiście! Pogoń prowadzi mój serdeczny kolega – Kazimierz Moskal. Życzę mu jak najlepiej. Początek jest trudny, ale myślę, że po takim dobrym meczu z Zagłębiem Lubin i zwycięstwie w Pucharze Polski, a także fantastycznym zwycięstwie z Termaliką wszystko wróci do normy. Każdemu trzeba dać czas i szansę.

Pogoń jest w stanie walczyć o najwyższe cele?

– Jak najbardziej. Myślę, że ten styl grania, który chcę zaproponować Kaziu, zaowocuje. Nie poddał się po złych wynikach, nie zmienił ustawienia, gra ofensywnie w otwartą piłkę. Pogoń ma świetną bazę, w drużynie jest wielu utalentowanych piłkarzy. Patrząc z boku brakuje bramkostrzelnego zawodnika, ponieważ tych sytuacji stwarzają mnóstwo. Wierzę w to, że Pogoń będzie się liczyła w walce o te najwyższe cele.

Łukasz Zwoliński był bramkostrzelnym zawodnikiem. Wracam do Pana słów z tą przysłowiową „marchewką”. Łukasza też to dopadło?

– Być może Łukasz padł ofiarą właśnie tego marazmu. Wszyscy pamiętamy jego świetną formę, wiele bramek strzelanych w Ekstraklasie. Nie znam dokładnych kulisów, przecież na co dzień nie pracuje w klubie więc nie wiem jak to się odbywało. Miał być transfer do Turcji, być może to go podłamało, że nie dostał szansy grania poza granicami kraju za większe pieniądze. Gdzieś wyhamował jego instynkt strzelecki, łatwość wykańczania sytuacji pod bramką przeciwnika. Przecież czy grał z Robakiem, czy bez to bramki zdobywał. Wszyscy oczekują od niego tych bramek, ale był przecież też Dwaliszwili, który więcej biegał, a nie strzelał. Jestem jednak zdania, że to się zmieni, że Łukasz zacznie trafiać do bramki rywali i życzę mu tego z całego serca. Jest też wielu młodych, świetnych chłopaków, jak Jaroch, który już strzelił bramkę w Kaliszu, czy Kitano.

Pogoń rozwija współprace z mniejszymi klubami z regionu. Jak Pan ocenia ten ruch?

– Rewelacyjnie. Pogoń jest największym klubem w województwie i zawsze będzie. Do niedawna Pogoń była największym klubem na całym wybrzeżu. Ja namawiam wszystkich, którzy mają szansę skorzystać z propozycji Pogoni i być jej zawodnikiem, to niech się nie zastanawiają i przyjmują ją. Pogoń to przyszłość, tam zawodnicy się rozwiną, natomiast w tych małych klubach pewnej granicy już nie przeskoczą. Trenerzy wykonują tam bardzo fajną pracę, ale nie mogą dać więcej zawodnikowi, niż podstawy. Prestiżem i wyróżnieniem jest to, gdy ta perełka z twojego klubu trafia do Pogoni. Chciałbym, żeby wtedy ktoś konkretnie napisał, że tamten trener z tego małego klubu przygotował wspaniale chłopaka, który dzisiaj ma szansę grania w Pogoni, bo to jest nagroda za ciężką prace, którą gdzieś tam na dole wykonuje się z małymi dziećmi, a to nie jest łatwe. Dzieci są różne, tym bardziej w tych czasach, gdzie mają wiele innych rzeczy dookoła, niż piłkę nożną. Jak ktoś wychowa piłkarza i wyśle go do Pogoni to pozostaje tylko przyklasnąć, a mały klub powinien dostać jakąś premię od Pogoni.

Na sam koniec rozmowy, czego życzyć Mariuszowi Kurasowi?

– Ja chcę tylko i wyłącznie zdrowia. Będzie zdrowie, to i inne rzeczy też przyjdą.

4 komentarze

  1. Świetny wywiad ze świetnym człowiekiem. Pozdrawiam.

    (8)
  2. Wspaniały wywiad. Takich piłkarzy oddanych klubowi jest teraz bardzo niewielu.

    (4)

Skomentuj

Twój adres email nie będzie opublikowany. Required fields are marked *

*

Do góry

Reklama